Drukuj
Odsłony: 60495
Grupa Józefa Miki

1. WPROWADZENIE

 

„Posługujecie się metodami faszystowskimi, tak jak to robili Niemcy. Zabieracie i mścicie się na rodzinach i ludziach niewinnych, a nawet i na rzeczach martwych „inwentarza domowego”. Tak robić to potrafią nawet dzieci małoletnie i ludzie niemający zdrowego rozumu, więc miejsce dla nich to jest Kobierzyn a nie na stanowiskach państwowych. Na prawdę niech się sam Szef zastanowi i wpłynie na postępowanie swoich podwładnych, bo gdy przyjdzie odpowiadać za swoje czyny, to ‘trwoga do Boga’. Ja mogę zginąć, ale inni zostaną.” Tak pisał w liście do szefa myślenickiej bezpieki Emil Przeciszewski „Zryw” członek oddziału, ale lepiej (bo bliżej prawdy) będzie napisać „grupki”, działającej ponad 3 lata, w najgorszych czasach stalinowskiego terroru na styku powiatów: bocheńskiego, limanowskiego i myślenickiego. Grupą dowodził sierż. Józef Mika „Leszek”. Działalność i postawa grupy Miki, ale przede wszystkim jego samego, do dzisiaj wywołują najbardziej skrajne opinie. I co charakterystyczne - kontrowersje na temat Miki powstają nie tyle wśród samych historyków, ale żywe są pośród ludzi: mieszkańców terenów, na których przed blisko 70 laty działał on sam i jego podkomendni, a przecież mało kto już jest świadkiem tamtych wydarzeń. Oceny te więc muszą przechodzić z pokolenia na pokolenie. Gdy w maju 1948 r. w murach więzienia Montelupich w Krakowie od strzału w tył głowy ginęli ostatni żołnierze drugiego oddziału „Salwy” – Eugeniusz Gałat i Władysław Migdał - na pograniczu powiatu bocheńskiego i myślenickiego od kilku miesięcy działała nowa grupa, po części złożona z ujawnionych żołnierzy „Salwy”, których okoliczności zmusiły do ponownego zejścia do konspiracji – po części zaś z nowych osób, których nazwiska nie pojawiły się jeszcze w poprzednich odcinkach sagi o bocheńskich „Wyklętych”. Od nazwiska dowódcy przyjęto oddziałek ten nazywać „grupą Miki”.

2."WRZOS

Postać Józefa Miki ps. „Szarotka”, „Wrzos” i „Leszek” przewija się wielokrotnie w kontekście działalności oddziału kpt. Jana Dubaniowskiego. Mika, mimo młodego wieku, odegrał w nim ważną rolę. Urodził się 6 stycznia 1927 r. w Gruszowie, gmina Raciechowice, w wielodzietnej (miał 4 siostry i 3 braci) rodzinie chłopskiej, w przysłowiowej „galicyjskiej nędzy”. Jego rodzicami byli Michał i Anna z d. Piechnik. Jego edukacja zakończyła się na 4 klasach szkoły powszechnej i 2 klasach szkoły rolniczej – rodzicom bardziej potrzebne były jego ręce do pomocy przy pracach polowych niż dalsza edukacja syna, na którą trzeba było łożyć. W chwili wybuchu wojny 12-letni Józek był więc przy rodzicach i wiódł typowy los chłopskiego pacholęcia. Jednak już wtedy było coś, co wyróżniało go pośród innych rówieśników. Wspomina o tym Apolonia Ptak w wydanej w 1995 r. książce „Prawem wilka”, która będzie tu jeszcze kilkakrotnie wspomina. To pierwsza pozycja książkowa, choć niemająca ambicji naukowych, a bardziej reportażowe, która w sposób całościowy próbuje zmierzyć się z problematyką Miki i jego towarzyszy. Zawiera (bezcenne dziś) relacje osób, które pamiętały jeszcze tamte wydarzenia, a dzisiaj żyjących świadków, pamiętających, co działo się na południowych obrzeżach Bocheńszczyzny pod koniec lat 40-tych ubiegłego wieku, policzyć można dosłownie na palcach jednej ręki. Wspomina więc p. Ptak, że mały Józek był, jak na swój wiek, chłopakiem niezwykle bystrym, inteligentnym, a przy tym śmiałym, a nawet odważnym. Nie pasował więc do schematu zahukanego dzieciaka z zabitej deskami wsi. Na początku lat 40-tych został oddany na służbę do majątku ziemskiego w Lubomierzu, którego właścicielem był prof. Piotr Galas, dyrektor bocheńskiego Liceum. Jak wiadomo w majątku tym kwitło tajne nauczanie i prawdopodobnym jest, że tam właśnie mały Józek zetknął się z konspiratorami. W 1943 r. wstąpił do oddziału terenowego Batalionów Chlopskich „Tarzan”, w którym byli tacy sami, jak on, 15-, 16-letni wyrostkowie. Dowodził nim Józef Truty „Lis”. Nie prowadzili żadnej walki zbrojnej, ale już wtedy dał się poznać zawadiacki charakter Miki: a to zabrał bron i mundury kąpiącym się w Rabie Niemcom, innym razem ściągnął im z wozu granaty. Wypędzenie Niemców i wkroczenie Rosjan nie zmieniło wiele w życiu Miki. Okoliczna ludność wiedziała o jego związkach z partyzantką i było niemal pewne, że ta wiedza przedostanie się do niepowołanych osób. Już zimą 1945 r. miał kłopoty, gdy został aresztowany przez patrol czerwonoarmistów. Wykorzystując znane atuty – brawurę i spryt – zdołał uciec z transportu, wiozącego go do więzienia w Myślenicach.


3. U "SALWY"

Tworzenie przez Dubaniowskiego nowego oddziału partyzanckiego późną wiosną 1945 było szansą dla takich ludzi jak Mika. Dawało oparcie osobom, tak jak i on sam „spalonym”, pozwalało mieć nadzieję na przetrwanie najtrudniejszego okresu represji i doczekania kolejnego konfliktu zbrojnego, tym razem pomiędzy Zachodem i ZSRR, w co święcie wierzono. W dostaniu się w szeregi oddziału (oficjalnie przystąpił weń 15 listopada 1945 r. pod pseudonimem „Wrzos”) pomogła zapewne wojenna znajomość Miki z Trutym, któremu „Salwa” bezgranicznie ufał, powierzając dowództwo nad grupą południową Przy „Salwie” Mika szybko awansował. Dowódcy podobał się ten niepozorny blondyn, który bez wahania podejmował się wykonania każdego zadania. Został dowódcą grupy egzekucyjnej. Dziś już trudno ustalić precyzyjnie listę ludzi, którzy zginęli z jego ręki, gdy był u „Salwy”. Na pewno w listopadzie 1945 r. zastrzelił, chcącego go aresztować, funkcjonariusza UB z Myślenic Jana Leśniaka, a w styczniu 1946 r. Paulina Bzdyla, sekretarza PPR z Gdowa, wsławionego aktywną akcją parcelacyjną majątków. W opinii jednego z członka oddziału, zamieszczonej przez A. Ptak „Mika zaczął zachowywać się dziwnie. Mówiono o nim w oddziale, że była w nim żądza krwi. Rwał się do każdej roboty. „Salwa” nam pokazywał „Wrzosa” po takiej akcji z wykonywaniem wyroków. „Patrzcie, śpi jak dziecko” – mówił. On był za młody na wykonywanie wyroków (w chwili przystąpienia do oddziału miał 18 lat – przyp. I.S.) „Salwa” za wcześnie powierzył mu dowództwo plutonu egzekucyjnego. Rzecz ciekawa, że u Miki nie zauważyłem nigdy lęku. Wyróżniał się wyjątkowo zimną krwią. Było w nim trochę brawury, ale nigdy nie lekkomyślności. Nie popisywał się ani tym, że wykonuje wyroki, ani też odwagą. Był twardy i stanowczy. I to był chłopak, który myślał. Sądzę, że gdyby w oddziale, w Polsce więcej było takich jak on, to byśmy wtedy coś zdziałali”.

10 marca 1946 r. w potyczce w Zbydniowie ginie Józef Truty, dowódca grupy południowej. Na jego miejsce Dubaniowski wyznacza nie któregoś ze starszych żołnierzy w oddziale, ale właśnie „młokosa” Mikę, którego awansuje na sierżanta. Mało tego – w sierpniu 1946 r. mianuje go swoim zastępcą w miejsce „Rawicza”, który opuścił oddział i wyjechał za granicę. Już samo to dobitnie pokazuje, jakim zaufaniem cieszył się Mika u swego dowódcy. „Wrzos” brał udział w niemal wszystkich potyczkach oddziału – w tym w najgłośniejszej – zasadzce 31 marca 1946 r. pod Łapanowem, gdy oddział „Salwy” praktycznie unicestwił konwój z funkcjonariuszami bocheńskiej UB i MO, ochraniającymi członków partii „demokratycznych” na wiecu w Łapanowie. Nazwisko Miki pojawia się także wśród nazwisk innych żołnierzy „Salwy”, ujawniających się rok później w bocheńskiej siedzibie Urzędu Bezpieczeństwa. Był jednym z ostatnich, który zdecydował się na ten krok. Dlaczego? Tego do końca nie wiadomo. Może podpowiadał mu to jego partyzancki „nos”, który w przyszłości miał tyle razy wybawiać go z opresji? Progi gmachu przy ul. Krakowskiej przekroczył 20 marca 1947 r. Zachował się jego dokument ujawnieniowy, z którego (oprócz danych osobistych) można wyczytać zwięzłą historię jego dotychczasowego, jakże młodego jeszcze życia: „Wszystkich akcji, w których brałem udział nie pamiętam, lecz podam te, które sobie przypominam.


 

1.Zbydniów w miesiącu marcu 1946 r.

2. Pod Łapanowem w kwietniu 1946. (błąd – powinno być 31 marca – przyp. I.S.)

3. Na szosie Gdów-Bochnia w 1946. We wrześniu lub w październiku

4.Dłuższy czas byłem w wioskach ukraińskich w 1946 r.

5. Akcja w Trzcianie w miesiącu styczniu 1947 r.(…) W listopadzie 1945 r. zastrzeliłem wspólnie z Trutym jednego funkcj. UB z Myślenic i jednego milicjanta z Posterunku MO Raciechowice w Lubomierzu”

 

Po ujawnieniu Mika wraca do rodzinnego Gruszowa. Według jego późniejszych relacji starał się o przydział do formacji wojskowych, które w tym czasie walczyły w Bieszczadach z UPA, jednak ze względu na jego przeszłość starania te spełzły na niczym. Już po kilku miesiącach z „Wrzosem” kontaktuje się jego dawny dowódca i oznajmia mu, że postanowił wrócić do lasu. „Salwa” zaczął kompletować nowy oddział i bardzo zależało mu, aby jego zastępca wrócił do szeregów. Spotkał go jednak srogi zawód, gdyż Mika mu odmówił. Zadaje to kłam rozsiewanym wielokrotnie jeszcze za życia Miki (i długo po jego śmierci) informacjom, że miał w sobie „żyłkę bandyty”, „nie umiał żyć inaczej jak tylko mordując i grabiąc”. Mika, podobnie jak dziesiątki tysięcy podobnych mu ludzi, ujawnianych na mocy wiosennej amnestii, chciał ułożyć sobie życie w nowej rzeczywistości. Cóż z tego, skoro nie było mu to dane.

4. PONOWNE ZEJŚCIE DO PODZIEMIA

Być może „Salwa” jeszcze żył (zginął 27 września 1947 r.), gdy Mika jednak zaczął się ukrywać i rozglądać za innymi chętnymi do walki z nową rzeczywistością. Cóż takiego się stało na przestrzeni tych 2-3 miesięcy, co spowodowało tak diametralną zmianę w zachowaniu „Wrzosa”? Odpowiedź na to pytanie jest trudna, gdyż brak wiarygodnych źródeł, wydaje się jednak, że kluczem do odpowiedzi jest list Emila Przeciszewskiego ps. „Zryw” (ur. 12 V 1923 r.), innego żołnierza z oddziału „Salwy”. Przeciszewski, w przeciwieństwie do Miki, nie pełnił w nim żadnych funkcji przywódczych, był zwykłym strzelcem. Brał udział w prawie wszystkich akcjach oddziału i razem z nim też się ujawnił – było to 6 marca 1947 r. Już 17 marca został aresztowany w „kotle”, który bezpieka urządziła w krakowskim mieszkaniu studenta Akademii Handlowej, Tadeusza Lenarta. 1 czerwca 1947 r. uciekł w Mszanie Dolnej z transportu do prokuratury w Nowym Sączu i od tego czasu zaczął się ukrywać. W swoim liście do szefa UB z Myślenic, por. Józefa Chłopickiego, tak opisuje powody swej ucieczki i ukrywania się: „Zwracam się do pana Szefa listownie i chce panu przedstawić powód mojej ucieczki."Byłem w oddziale „SALWY” jak panu wiadomo. Ujawniłem się i pojechałem do Krakowa i władze Bezpieczeństwa, mnie ujawnionego aresztowały i oddały do sądu, a Sąd wytaczał mi sprawy takie, jak gdybym był komendantem oddziału partyzanckiego. Dał Bóg, że z więzienia udało mi się zbiec, wiem teraz, chociaż by się woda paliła, to się nie zgłoszę, gdyż Bezpieczeństwo postępuje drogami kłamliwymi, oszukaństwem i złodziejstwem. I będę walczył z komuną dotąd do puki będę żył, bo wiem dobrze i jestem świadomy, do czego komuna dąży. O tym abym ja się wstawił osobiście to niech sobie Szef w ogóle nie myśli ani niech się tym łudzi. Może byście chcieli abym ja się wstawił i strzelał zdradziecko na Wasze rozkazy innych Polaków, którzy tak samo tułają się po świecie jak ja, jak ostatnio Bocheńska Bezpieka chciała urobić Mikę Józka, który mi się o wszystkim zeznał.


Obiecywali mu nawet broń i duże pieniądze i aby zastrzelił mnie, Tadka i jakiegoś Czarnego, którego sam nie znał”. Przytoczony przez Przeciszewskiego casus nagabywania władz bezpieczeństwa ujawnionych członków konspiracji do likwidowania ich dawnych kolegów, nie jest odosobniony. To samo legło prawdopodobnie u podstaw decyzji samego kpt. Dubaniowskiego o powrocie do lasu – też mógł mieć „propozycje” stworzenia kontrolowanego przez UB prowokacyjnego oddziału, którego celem była likwidacja ukrywających się jeszcze członków podziemia. Jak wiemy „Salwa” na układy nie poszedł i zapłacił za to najwyższą cenę. Niepodatny na naciski – jeśli wierzyć Przeciszewskiemu – okazał się również Mika. Wobec tego pozostało mu tylko jedno – ponowna konspiracja. Ujawnienie się praktycznie całego oddziału „Salwy” nie należy utożsamiać z ujawnieniem się rozległej siatki terenowej – sieci informatorów, łączników, właścicieli tzw. melin czyli domostw, w których oddział spał, odpoczywał, spożywał posiłki („salwiacy” nie kwaterowali w lesie, nie mieli bunkrów ani ziemianek). Sieć ta praktycznie, poza drobnymi wyjątkami, pozostała nietknięta po amnestii. To były setki osób, rozrzuconych na obszarach 3 powiatów – bocheńskiego, myślenickiego i limanowskiego. Mice, z racji funkcji, jaką pełnił u „Salwy” te osoby i adresy były doskonale znane. Przystępując do tworzenia grupy w pierwszej kolejności skontaktował się ze znanym mu już z oddziału Przeciszewskim. Ten z kolei polecił Lenarta. Tadeusz Lenart (ur. 28 VIII 1922 r. podobnie jak Mika – w Gruszowie) mógł się pochwalić ukończeniem przed wojną gimnazjum. Maturę jednak zdał już po jej zakończeniu. Nic nie wiadomo o jego przynależności do konspiracji w okresie wojennym, pewne fakty wskazują na jego udział w jakiejś grupie zbrojnej już po wojnie w Krakowie, gdzie zamieszkał we wrześniu 1946 r. w związku z rozpoczęciem studiów w Akademii Handlowej.

To w jego mieszkaniu UB urządziła „kocioł’, w który wpadł m.in. Przeciszewski. Samemu Lenartowi udało się uniknąć aresztowania i wkrótce stał się członkiem grupy Miki. Jako kolejny przystąpił do niej Franciszek Mróz, który już w okresie okupacji niemieckiej zyskał przydomek „Hubala ziemi myślenickiej”. Urodził się 10 grudnia 1910 r. w Skrzynce (gmina Dobczyce, powiat myślenicki). W czerwcu 1942 r. wstąpił w szeregi AK. Później, w stopniu chorążego, był dowódcą (używał wtedy pseudonimu „Żółw”) oddziału partyzanckiego, który cieszył się ogromnym autorytetem wśród miejscowej ludności. Po wojnie, w październiku 1945 r. ujawnił się. Na polecenie swego przełożonego z okresu okupacji, mjr. Juliana Oczko ps. „Podkowa” w czerwcu 1946 r. utworzył oddział WiN, obierając sobie nowy pseudonim „Bóbr”. Wśród jego podkomendnych był m. in. Franciszek Mika – brat Józefa.

To jego ludzie najprawdopodobniej tworzyli grupę osłonową w czasie słynnego rozbicia więzienia św. Michała w Krakowie 18 sierpnia 1946 r., gdy inna grupa podziemia, pod dowództwem Jana Janusza „Siekiery” bez jednego wystrzału opanowała prawie cały gmach więzienia, uwalniając 64 więźniów. W listopadzie 1946 r. na wskutek wsypy aresztowano dwudziestu sześciu ludzi „Bobra”, reszta poszła w rozsypkę i oddział przestał istnieć. 18 stycznia 1947 r. w Myślenicach odbył się pokazowy proces, w którym sześciu zatrzymanych WiN-owców skazano na karę śmierci. Sam Mróz – ostrzeżony o planowanym skrytobójczym mordzie na jego osobie – nie skorzystał z lutowej amnestii 1947 roku i ukrywał się w pojedynkę przed UB. We wrześniu 1947 r. za pośrednictwem Lenarta skontaktował się z Miką i pomimo że był od niego dużo starszy, podporządkował się jego rozkazom.


Wraz z Lenartem nadał grupie „Leszka” wyraźnie antykomunistyczny, ideowy i polityczny charakter. Będąc najstarszym wiekowo dbał o morale oddziału, jego dyscyplinę, zaopatrzenie i kwaterunek. Ostatnim członkiem grupy został Augustyn Kapera „Gryf”, „Klimek”, ur. 7 sierpnia 1924 r. w Mstowie w powiecie limanowskim. W czasie okupacji nie należał do żadnej organizacji.

Czy pięciu ludzi stanowić mogło pod koniec 1947 r., a więc ponad dwa lata po zakończeniu wojny, realne zagrożenie dla systemu komunistycznego nawet na tak wąskim wycinku terenu, jak wspomniany styk trzech powiatów? Z pewnością ich siły były zbyt wątłe, by zmierzyć się w otwartym boju z regularnymi formacjami KBW czy MO, jak to było chociażby za czasów „Salwy”, nie mówiąc już nawet o jakichkolwiek akcjach na posterunki MO czy siedziby UB. Potrafili jednak dotkliwie uderzać w pojedynczych przedstawicieli aparatu partyjnego czy służb bezpieczeństwa

Ich pierwszą akcją było zastrzelenie PPR-owca Andrzeja Koniecznego z Poznachowic Górnych w powiecie myślenickim. Miało to miejsce 27 września 1947 r. – dokładnie w dniu śmierci „Salwy”. 16 listopada w Gruszowie z rąk ludzi „Leszka” ginie Bolesław Kamionka, którego Mika podejrzewał o uprawianie pospolitego bandytyzmu. 14 grudnia 1947 r. zabito w Zręczycach Stanisława Chruściela, podejrzewanego z kolei przez „Leszka” o donoszenie na UB o ruchach oddziału. Później były dalsze wyroki – niektóre wydał jeszcze „Salwa”. 4 lutego 1948 r. w Wilkowisku (pow. Limanowa) zlikwidowali sekretarza PPR z Jodłownika, Franciszka Wiewiórkę. Kilka dni wcześniej sam „Leszek” ledwie uszedł w życiem – bezpieka zorganizowała zasadzkę na jego dom rodzinny w Gruszowie, w którym akurat nocował. Zdołał ujść obławie, raniąc przy okazji szefa UB z Myślenic – wspomnianego już Józefa Chłopickiego. 27 kwietnia grupa ponosi pierwszą stratę – w rodzinnym domu w Kawcu został zaskoczony przez dwóch milicjantów Kapera. W strzelaninie, jaka się wywiązała, zranił jednego z funkcjonariuszy i wybiegł poza dom. Sam jednak ciężko ranny nie zdołał ujść pościgowi. 20 maja we wsi Skrzynka „leszkowcy” zabili sekretarza koła PPR w tej wsi Andrzeja Opacha i ormowca Kazimierza Dudzika. Obaj mieli za zadanie wytropienie „Bobra”, a Opach miał też na sumieniu sprowadzenie obławy w 1946 r. na dom rodzinny Mików, podczas której zginął brat Józefa - Franciszek. UB zabroniło księdzu pochować brata „bandyty” na cmentarzu, wobec czego pochowano go w szczerym polu. Kilku dni później, w środku nocy „Leszek” ze swoimi ludźmi w największej tajemnicy ekshumował brata i pochował na cmentarzu.

8 sierpnia ginie Mieczysław Malinowski, milicjant z posterunku w Skrzydlnej, a 21 października Józef Rojek, działacz SL w Bochni, zamieszkały w Woli Nieszkowskiej. W tym samym mniej więcej czasie „leszkowcy” wybatożyli kilku działaczy PPR: Jan Śliwę z Mstowa, Tadeusza Bartosza, Jana Srokocza i Józefa Jacoszka ze Słupi.


 

5. WŁADZA BIERZE ODWET

Tak wysoka aktywność grupy musiała ściągnąć kontrakcje władz bezpieczeństwa. W pierwszej fazie stosowano masowe obławy, w których uczestniczyły setki, jeśli nie tysiące żołnierzy KBW, milicjantów i funkcjonariuszy UB. Ścigani odgryzali się skutecznie – 19 marca 1949 r. podczas obławy w Kornatce na Mroza i Lenarta został zastrzelony funkcjonariusz UB z Myślenic, Stanisław Baranik. Z kolei 17 kwietnia w Hucisku koło Poznachowic w pościgu za Miką i Przeciszewskim ginie żołnierz KBW szer. Wacław Krajewski, a zraniony szer. Edward Roszczyński. Bezpieka nie przebierała w środkach – gdy nie mogła dopaść samych „leszkowców”, mściła się na ich rodzinach. Rodzinny dom Mików rozebrano do fundamentów. Matkę Józka z siostrami przygarnęli obcy ludzie. Podobny los spotkał brata Tadeusza Lenarta. W ich rodzinnym domu bezpieka 7(!) razy burzyła piec. W końcu zrezygnowana rodzina opuściła ojcowiznę. Brat Emila Przeciszewskiego – Mieczysław został zaatakowany przez grupę ormowców sztachetami z powbijanymi w nie gwoździami. Jedną taką sztachetą zadano mu cios w głowę, następnie dobito go kołkami. Młodszego brata Józefa – Jana Mikę SB i MO inwigilowała jeszcze w latach 70-tych.

 

Po zranieniu Chłopickiego przez Mikę w styczniu 1948 r. aresztowano matkę partyzanta. Starszą już kobietę zmuszono do napisania listu, w którym ceną jej uwolnienia była wolność syna:

"Kochany Synu

Przez Ciebie nędza, w więzieniu się męczę, jest jedno wyjście jak się zgłosisz to mnie wyzwolisz.

Twoja matka Mika Anna Daj odpowiedz jak najprędzej listownie”.

Józef odpisał:

"Najdroższa Mamo

Ja się poddać nie pójdę. Gdy dzisiaj Rząd Polski ma takie prawo, że może aresztować ludzi bez winy, to Mama musi siedzieć, jak Rząd łaskawy Mamę wypuści, to Mamy szczęście. Ja jestem na wolności, to ja siedzieć nie pójdę, bo mi Wolność jest miła chociażby nawet za parę za dni przyszło mi zginąć.

Parę słów do swojej Mamy wasz syn. Mika Józef”

 

Represje wobec najbliższych członków rodzin nie skutkowały: „leśni” byli dalej nieuchwytni, a do tego radykalizowali się, wiedząc, że nie mają co liczyć na łaskę „bezpieczniaków”. Wówczas ci drudzy chwycili się innego sposobu – nie mogąc dosięgnąć samych partyzantów próbowali zlikwidować ich zaplecze – informatorów i meliniarzy. Rozpoczęły się obławy na cale wsie, jakich nie pamiętano na tych terenach nawet za czasów okupacji. Setki ludzi wtrącono do kazamat UB w Bochni i Myślenicach. Wspomniany już szef PUBP w Myślenicach Chłopicki w meldunku z 19 grudnia 1949 r. pisał: „ilość przechodzących w sprawie przez bandę Miki jest dotychczas ustalona na 450 osób”. Starano się ludziom wpoić zwierzęcy lęk przed jakąkolwiek próbą pomocy ściganej czwórce – udzieleniem schronienia, podzieleniem się żywnością, ostrzeżeniem przed zbliżająca się kolejną obławą. Ale nie to stanowiło największe zagrożenie – byli nim konfidenci.

W sprawie Miki i towarzyszy założono co najmniej trzy sprawy operacyjne. Werbowano do nich masowo szpicli – część na tzw. „uczuciach patriotycznych” (odwoływano się – ze skutkiem – do konieczności przywrócenia ładu społecznego, obrony zdobyczy socjalizmu itp.), ale najgorsze dla bezpieczeństwa ukrywających się były werbunki byłych partyzantów, niedawnych jeszcze kolegów Miki, Mroza czy Przeciszewskiego lub ich najbliższych krewnych. Ci ludzie mieli potencjalnie dużą wiedzę o całej czwórce – znali jej przyzwyczajenia, ulubione miejsca spoczynku, szlaki przemarszu. Wiadomo o co najmniej 92 informatorach, byli rozsiani w każdej praktycznie wsi, w której mógł pokazać się Mika z towarzyszami. Mieli obowiązek informowania o każdym pojawieniu się ściganych, a także wykorzystując posiadane znajomości, zasięgać tzw. języka – w knajpach, sklepach, na targach itp. Wszystko na nic. „Leszek” i jego podkomendni byli jak duchy. Pojawiali się nagle i równie nagle znikali.


 

UB chwyciło się więc kolejnego sposobu. Po wsiach pojawiły się tajemnicze postacie – a to geodeci, a to miernicy, wytyczający nowe drogi, poszukiwacze ropy naftowej - innym razem znowu wędrowni przekupnie, a nawet… członkowie ZBOWiD-u, dokumentujący zniszczenia wojenne i opisujący historie partyzanckie. Byli to wszystko zakonspirowani funkcjonariusze UB, których zadaniem było zbieranie informacji od okolicznej ludności na temat ukrywających się „leśnych” a także urządzanie, z reguły nocnych, zasadzek. Jak to się wszystko kończyło opisuje jeden z raportów: „na samym początku akcji dostaliśmy kilka doniesień mówiących że banda Miki przechodzi przez gromadę Rybia Nowego, jak i też Szyku, zapodali to informatorzy ps. „WIERZBA” „MASKA”, poczem po założeniu w tych miejscach przejściowych zasacek zakonspirowanych takowych meldunków czy też doniesień już nie dostawaliśmy, podawane było że osobnicy ci – przechodzą na teren Rybia Nowego z Tarnawy i Kamionny powiatu Bocheńskiego, mieli udawać się zawsze w kierunku domu Trojanowskiego Stefana według danych informatora Wierzba, pod dom ten podwerbowano kilku informatorów i otoczono go obserwacją lecz nie dało to żadnych wyników z czego wynika że albo bandyci zorientowali się że teren jest dla nich zagrożony, lub też po dowiedzeniu się że jest akcja wogule wyjechali z tych terenów, jak to dało się słyszeć między ludnością, lecz konkretnych danych na ten temat nie uzyskano, natomiast po zlikwidowaniu zasacek jak i też ściągnięciu wojska z tamtejszych terenów, zaraz na drugi dzień dostaliśmy wiadomość od Śliwy Barbary, że w ich domu było dwóch nieznanych osobników, pytając się (czy – przyp. aut.) wojsko już odjechało i kiedy”. I jeszcze jeden dokument, pokazujący pewną bezsilność władz bezpieczeństwa w walce z kilkoma desperatami. Dokument, który przyznaje wprost, że siła Miki i jego ludzi tkwiła w poparciu okolicznej ludności.

Poniższy raport 1 V 1950 r. sporządził Naczelnik Wydziału III WUBP Kraków, mjr Stanisław Zdzich-Wałach: „W m-cu lutym 1950 r. przeprowadzono dwukrotnie masową realizację współpracowników i siatki terenowej tejże bandy, a następnie zgodnie z planem operatywnym przedsięwzięć z dnia 25.II.50 r. zakrojoną na szeroką skalę akcje wojskiem i szczególnie do tego celu utworzonymi grupami składającymi się z funkcjonariuszy WUBP Wydz. III, PUBP i M.O. Mimo przeprowadzonych masowych werbunków sieci informatorów sygnalizacyjnych i inf. czynnych oraz przeprowadzenia ciągłych akcji przy pomocy wojska K.B.W. i zmobilizowania specjalnie do tego celu grupy 25 pracowników operacyjnych tak z WUBP jak i organów podległych, dotychczas poza spaleniem kilkudziesięciu melin bandy, zrealizowania i osadzenia kilkudziesięciu bliższych współpracowników tejże, trzeba przyznać, że dotychczasowe akcje poza przepłaszaniem bandy z miejsca na miejsce, nie dały pożądanych rezultatów. Jedną z najważniejszych przyczyn niepowodzenia dotychczas przeprowadzonych akcji jest wrogie ustosunkowanie się do obecnego ustroju ludności zamieszkałej na terenach grasowania bandy Miki (…) teren grasowania bandy zamieszkały jest przez b. czł. A.K., współpracowników bandy „Salwy”, a obecnie bandy Miki, na której to bazie prawie, że wyłącznie banda melinuje. Ludzie ci jako wrogo ustosunkowani do obecnego ustroju udzielają bandzie wszelkiej pomocy tak w żywności jak i w schronieniu. Nic dziwnego, że w tych warunkach łatwo jest bandzie zamelinować się, a ciężko podebrać jest celowych kandydatów do werbunku, którzyby konkretnie zbliżali nas do bandy, w wyniku czegom możnaby przeprowadzić ostateczną likwidację tejże.”

Używając dzisiejszego języka można wskazać, że UB stworzyło „profil psychologiczny” „Leszka”: „Werbunki jakie przeprowadzane były wśród pracowników i meliniarzy bandy zasadniczo nie przynosiły większej korzyści operacyjnej z uwagi na to, że sieć ta nie miała dotarcia do samej bandy bądź tez rozszyfrowana przez Mikę pracowała dwulicowo. Jedną z największych trudności w podebraniu celowej agentury, który by mogła doprowadzić do likwidacji bandy był fakt, że Mika nie zbliżał się w ogóle do ludzi, którzy kiedy kolwiek byli aresztowani lub też mieli styczność z organami Bezpieczeństwa. W ten sam sposób podchodził do ludzi kontaktujących się z obcymi osobami lub też wyjeżdzającymi z miasta do wsi o czym, donosiła mu jego siatka terenowa a o ile już podszedł to po to aby taką osobę zastrzelić. Podobnie Mika postępował z agenturą, którą próbowano wprowadzić w środowisko. Wobec powyższego, mimo, że nad rozpracowaniem i umiejscowieniem bandy pracowano bardzo aktywnie nie można było doprowadzić do likwidacji, tym bardziej, że banda w ostatnim okresie spłoszona przeprowadzanymi ciągłymi akcjami wojskiem w toku których aresztowano współpracowników rozczłonkowała się i poszczególni jej członkowie zaczęli melinować pojedynczo zbierając się razem w wypadkach gdy mieli dokonać napadu, co w ostatnim okresie (1950 r.) należało do rzadkości, gdyż MIKA obawiając się ponownych akcji ze strony UB nie przejawiał prawie, że żadnej działalności bandyckiej prowadząc wyłącznie działalność polityczną”. UB potrafiło się jednak uczyć na swoich błędach: „Wobec tego stanu rzeczy przeprowadzono głęboką analizę materiałów posiadanych na bandę i postanowiono „zorganizować ośrodek dyspozycyjny nielegalnej organizacji” poprzez którą możnaby dotrzeć do bandy i w dogodnym momencie przeprowadzić jej likwidację”. Do realizacji tego zadania wybrano Mariana Strużyńskiego.


 

6. "KAROL" WCHODZI DO GRY

To jedna z bardziej tajemniczych postaci w całej historii powojennej Polski. Gdyby nie jego działalność, wyjątkowo odrażająca, która w konsekwencji przyczyniła się do zgładzenia dziesiątków ludzi i poddania represjom kolejnych kilkuset – można by stwierdzić, że to postać fascynująca. W życiorysie Strużyńskiego (vel Mariana Reniaka) jest tyle tajemniczych wątków, niedopowiedzeń, poplątanych tropów i ścieżek wiodących donikąd, że praca nad jego biografią (jeżeli ktoś się o nią pokusi) będzie zadaniem tytanicznym. W swoim, pisanym na potrzeby resortowe życiorysie pisał, że w AK służył od wiosny 1944 r. – najpierw w oddziale „Bicz" zgrupowania AK „Żelbet", a następnie w Samodzielnym Batalionie Partyzanckim „Skała".

Swoją działalność partyzancką kończył u progu 1945 r., mając w dorobku brązowy Krzyż Zasługi i Krzyż Walecznych. Następnie wstąpił w szeregi Zrzeszenia WiN, biorąc aktywny udział jako łącznik i kolporter w działalności Okręgu Krakowskiego oraz Rady WiN Olkusz. Równolegle rozpoczyna studia w Akademii Handlowej w Krakowie, co nie przeszkadza mu brać udziału także w akcjach dywersyjnych. Nierozpracowany przez resort bezpieczeństwa doczekuje amnestii 1947 r., z której postanawiał skorzystać. 28 czerwca 1947 r. został zwerbowany przez Wydział III WUBP w Krakowie. W raporcie z tego wydarzenia czytamy: „na werbunek zgodził się chętnie, w czasie rozmowy z nami przyznał się, że przedtem już nieoficjalnie współpracował z MO mjr. Dominikiem. Ogólne wrażenie zrobił szczerego i mającego szczere chęci współpracy z nami". Swą współpracę z UB zaczął od „wsypania” znanych sobie olkuskich WiN-owców, skutkiem czego ta organizacja przestała istnieć. Ustalono, że w 1947 r. dokonał kilku napadów rabunkowych w Krakowie i Bytomiu, co spowodowało, że przez kilkanaście miesięcy był wyeliminowany z sieci agentury krakowskiego WUBP i przez pewien czas poddany obserwacji psychiatrycznej w szpitalu w Kobierzynie, jednak dzięki ujawnieniu prokuratorowi jego związków z Urzędem Bezpieczeństwa uniknął odpowiedzialności karnej. Jako „porucznik Henryk” (fikcyjny członek sztabu Okręgu III ROAK) przeniknął w szeregi i doprowadził w konsekwencji do zniszczenia oddziału „Wiarusów”, który kontynuował działalność zgrupowania mjr. Józefa Kurasia „Ognia”. Dwóch „Wiarusów” zostało wciągniętych w pułapkę do siedziby krakowskiego WUBP i zastrzelonych w walce, gdy zorientowali się w sytuacji, a ich dowódca, Stanisław Ludzia ps. „Harnaś” został ranny i ujęty. Skutkiem rozpracowania tego oddziału były cztery wyroki śmierci i aresztowanie 125 współpracowników. W 1949 r. w Bukowinie Strużyński rozpracował i doprowadził do likwidacji lokalną organizację antykomunistyczną „Samoobrona Chłopska”, do której dotarł za pośrednictwem „Wiarusów”. W lutym 1950 r., wykorzystując agenta ps. „Jurek” oraz kapturowo (tzn. nie ujawniając przed nim faktycznego celu operacji) Zygmunta Kąckiego – dawnego żołnierza „Salwy” - wprowadzono w środowisko grupy Miki Strużyńskiego, który występując w roli porucznika nielegalnej organizacji nawiązał kontakt z Fryderykiem Satołą ps. „Jastrzyk” i Janem Ujejskim ps. „Dąbek”. Poprzez nich „Karol” (ubecki pseudonim Strużyńskiego w tej grze operacyjnej) usiłował skontaktować się z „Leszkiem” jednak bezskutecznie, gdyż doprowadzenie do spotkania utrudniał Ujejski. Wobec powyższego 1 marca 1950 r. został tajnie aresztowany w Krakowie, a w "świat” puszczono informację, że wyjechał na Zachód. Dla lepszego kamuflażu w siedzibie UB spreparowano zdjęcia Ujejskiego w angielskim mundurze, rzekomo wykonane w Londynie i dostarczono je kanałami konspiracyjnymi w otoczenie rodziny i przyjaciół. Także Satoła nie kwapił się do umożliwienia kontaktu agenta z Miką i Mrozem. Może konspiracyjne doświadczenie podpowiadało mu zasadzkę? Zatem również i jego aresztowano (3 maja) pod sfabrykowanymi zarzutami natury kryminalnej i odizolowano ściśle od kontaktów ze światem zewnętrznym, łącznie z rodziną.

Strużyński miał więc „wyczyszczone” przedpole. Często pokazywał się w okolicach znanych z pobytu Miki i jego podkomendnych, licząc, że skusi kogoś jego wersja o reprezentowaniu „prężnego” ośrodka konspiracyjnego z szerokimi kontaktami na Zachodzie. Nie przeliczył się, 27 sierpnia Mika sam polecił Zygmuntowi Kąckiemu nawiązanie kontaktu z „organizacją”. Jak to się stało? UB wprowadziło do akcji kolejnego, nieświadomego swej roli pośrednika. Jako łącznika pomiędzy „ośrodkiem” a grupą Miki zwerbowano Aleksandra Nowickiego.


Nowicki ukrywał się na terenie Krakowa przed władzami i „Karol” przedstawił mu ofertę znalezienia dojścia do Miki. Nowicki w dobrej wierze podjął się tej roli, nawet nie przypuszczając, że w UB nadano mu pseudonim „B-36”. Dotarł do Kąckiego (dla UB – kontakt 0003349), a ponieważ był mu dobrze znany, dostał od niego kontakt do Miki. Do pierwszego spotkania Nowickiego z „Leszkiem” doszło 3 września 1950 r. w Trzcianie. Sam „Karol” (sam nie będąc pewnym, czy zgoda na spotkanie nie jest tak naprawdę próbą wciągnięcia go w pułapkę ze strony Miki) odmówił przyjazdu, zasłaniając się brakiem czasu. Spotkanie odbyło się w domu Fryderyka Satoły. W czasie spotkania Nowicki przedstawił ogólne założenia działalności „ośrodka” i zaproponował Mice, by wraz z jego ludźmi przyłączył się doń, tworząc oddział dywersyjny. Strużyński jako wabik zastosował wizję awansu na stopień oficerski dla Miki, dlatego podczas kolejnego spotkania, 7 września „B-36” wręczył mu przedwojenny podręcznik wojskowy, z którego Mika miał się uczyć przed egzaminem na podporucznika i prasę emigracyjną. Ponadto przekazał zobowiązanie do przygotowania „dla góry” charakterystyk członków grupy. Nowickiemu zlecono też przygotowanie gruntu pod spotkanie Miki z „Karolem”, wyznaczone na 8 września. Do spotkania doszło również w domu Fryderyka Satoły. W trakcie rozmowy Strużyński omówił z Miką wydelegowanie jednego człowieka na „przeszkolenie dywersyjne” (wyznaczono Lenarta), dał mu też 50 tys. zł i zabronił prowadzenia jakichkolwiek akcji na własną rękę. Omówiono również sprawę odbioru broni z magazynu położonego w Puszczy Niepołomickiej (chodziło tu o wywabienie grupy ze znanych sobie miejsc celem łatwiejszego jej ujęcia). Wyznaczono na koniec datę 14 września na następne spotkanie – tym razem już z wszystkimi członkami grupy. Do spotkania jednak nie doszło ze względów organizacyjnych, następne ustalono na 19 września. Także i to nie doszło do skutku – Strużyński spotkał się tylko z samym Miką, ale w trakcie rozmowy okazało się, że wewnątrz grupy nastąpiły pęknięcia – Mróz i Lenart nie chcą podporządkować się Mice i przyjść na spotkanie. „Karol” zaczął to wykorzystywać, nastawiając Mikę przeciwko Lenartowi. Wreszcie 25 września w Winiarach „Karol” spotkał się z całą grupą.

Wskutek uzewnętrzniającego się antagonizmu pomiędzy Miką a pozostałą trójką Strużyński „podzielił” ich dotychczasowy obszar działania na 2 części: Mice przydzielił powiat bocheński, a pozostałym myślenicki. Strużyński, konsekwentnie zdobywając zaufanie Miki, metodycznie przygotowywał plan likwidacji całej grupy. Życie jednak ma to do siebie, że lubi sprawiać niespodzianki. Zupełnie niespodziewanie dla samego agenta na ulicy w Krakowie został przez przypadkowego milicjanta rozpoznany Nowicki i odprowadzony na komisariat. Oczywiście dzięki zabiegom UB został szybko wypuszczony pod fałszywym pretekstem, ale Strużyński zaczął obawiać się, czy wieść o aresztowaniu łącznika nie dotrze do Miki. Dlatego zmienił plan i zarzucił wywabienie grupy do Puszczy Niepołomickiej. Postanowił dokonać aresztowań na miejscu i dlatego przygotował fikcyjną „inspekcję” grupy przez „mjra Jerzego” z „ośrodka dyspozycyjnego” (rolę tę miał odegrać kpt. Kazimierz Nowak z 5 pułku KBW). Inspekcję miała zabezpieczać dwuosobowa „grupa osłonowa” (w rzeczywistości oficerowie krakowskiego UB – por. Wojciech Jura i ppor. Edward Wilkosz), której przyjęcie w skład oddziału agent wyperswadował Mice.

Pierwsza data „inspekcji”, zaplanowana na 5 października, nie doszła do skutku, wskutek nie dotarcia na czas Mroza. Strużyński z „mjr Jerzym” wrócili do Krakowa, zostawiając z Miką „grupę osłonową”, a do Mroza wysyłając informacje, że „mjr Jerzy” dokona inspekcji jego grupy 10 października. Następnego dnia, a więc 6 października we wsi Kornatka w godzinach wieczornych z Miką i Ludwikiem Błasińskiem ps. „Miner” – nowym członkiem grupy, spotkało się 5 funkcjonariuszy UB (oprócz wspomnianej czwórki jeszcze por. Józef Dysko), ubezpieczanych przez kolejną 5-osobową grupę ubeków i pluton KBW z psem. Ostatnie chwile wolności Miki opisał Stanisław Wałach w wydanej w 1965 r. książce „Był w Polsce czas”, pozycji wybitnie propagandowej, jednakże w miarę wiernie trzymającej się faktów – przynajmniej w rozdziale, poświęconym „Leszkowi”: „Zaraz na wstępie „Karol” powiadomił „Leszka”, że przywiózł dla niego rozkaz przejęcia broni z Puszczy Niepołomickiej i bezpiecznego jej zamelinowania. Wyciągnął następnie plik map, z zamiarem objaśnienia go, jakie są dla niego zadania. Kucnął pod ścianą stodoły, rozkładając jedną z nich. Nad mapą pochylił się również „Leszek”. Wilkosz przykrył ich własną peleryną i przyświecił lampką. Wtedy Dysko, używając tzw. nelsona, zaatakował „Leszka”. „Leszek” poderwał się, podniósł na plecach Dyskę i zaczął nim miotać po obejściu. Trzeba przyznać, że stanowiło to nie lada wyczyn, bowiem Dysko był człowiekiem o rzadko spotykanej sile, ciężkim i masywnie zbudowanym. W końcu „Leszek” upadł i został skuty kajdankami”.

Skutemu odebrano jeszcze posiadaną przez niego truciznę, udaremniając tym samym możliwość popełnienia samobójstwa. W chwilę potem, również używając fortelu, ubecy zatrzymali Błasińskiego. Obu zatrzymanych pośpieszne wywieziono do Krakowa, by informacja o tym fakcie nie dotarła do Mroza, Lenarta i Przeciszewskiego. 10 października w Winiarach wspomniana piątka, identycznie ubezpieczana, spotkała się z pozostałą trójką konspiratorów.


Wbrew późniejszym wspomnieniom, zamieszczonym przez Reniaka w książce „Człowiek stamtąd”, jakoby najpierw aresztowano Mroza, a Lenart i Przeciszewski zginęli w walce, fakty według oficjalnych, tajnych przez całe dziesięciolecia dokumentów UB, wyglądały następująco (raport UB z ujęcia grupy Miki, pisownia oryginalna): „Po przyjeździe na miejsce „mjr. Jerzego” przeprowadził on w obecności agenta (Strużyński – przyp. I.S.) i towarzyszącego mu pracownika rozmowę z Mrozem, natomiast pozostali dwa pracownicy zostali z Lenartem i Przeciszewskim w drugim pomieszczeniu skąd następnie wyszli na dwór, gdyż bandyci chcąc wykazać „mjr. Jerzemu”, że znają metody konspiracji nosili się z zamiarem skontrolowaniu terenu. Funkcjonariusze tut. Urzędu po wyjściu bandytów na dwór z miejsca przystąpili do ich likwidacji (podkr. moje – I.S.), natomiast grupa pozostająca z Mrozem w momencie usłyszenia strzałów natychmiast obezwładniła go podczas gdy bandyci Lenart i Przeciszewski zostali zlikwidowani na polu.

Niezwłocznie po likwidacji bandy grupa odwodowa podeszła pod melinę i po aresztowaniu łącznika i meliniarza bandy Włodarczyka Jakuba, który w między czasie ukrył się w stajni zostawiła na miejscu 2-ch pracowników z zadaniem nie wpuszczania do domu nikogo z obcych osób zabrała trupy bandytów i ujętego żywcem Mroza Franciszka ps. „Bóbr” wraz z Włodarczykiem Jakubem powróciła do Krakowa zatarłszy uprzednio ślady krwi po zabitych bandytach. W dniu 11 X.50 r. przyjechali do Krakowa gdzie zostali tajnie zdjęci łącznicy i współpracownicy bandy Miki Kącki Zygmunt i Satołowa Bernadetta” (mjr Stanisław Wałach: meldunek specjalny dot. likwidacji bandy Miki Józefa ps. „Wrzos-Leszek” do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego z 13 października 1950 r.)

A więc nie „zabici w walce” tylko z premedytacją zastrzeleni przez UB zginęli jedni z ostatnich żołnierzy antykomunistycznego podziemia na Ziemi Bocheńskiej. Nawet teraz, po upływie z górą 60 lat od tamtych wydarzeń nie wiemy, gdzie zostali pogrzebani. Plotka mówi, że na starym cmentarzu w Dobczycach, ale nikt jak dotąd jej nie zweryfikował.

Praktycznie natychmiast po aresztowaniu Mikę i Mroza poddano intensywnemu śledztwu. Jak „intensywnemu” - możemy się tylko częściowo domyślać (np. 16-godzinne „konwejery” czyli trwające non-stop przesłuchania, w których zmieniali się tylko oficerowie śledczy). Czynności śledcze w stosunku do obu zatrzymanych koordynował oficer krakowskiego UB – Stanisław Józefiak. Już po kilku dniach wydobyto z nich personalia kolejnych 126 współpracujących osób, w tym 12 milicjantów, 1 byłego funkcjonariusza UB z Bochni i 2 księży. Osoby wytypowane do aresztowania postanowiono zaskoczyć jednoczesną akcją, przeprowadzoną na terenie trzech powiatów. W tym celu zmobilizowano 20 samochodów z wojskiem KBW (450 ludzi), 65 milicjantów i 35 funkcjonariuszy UB – łącznie 550 ludzi. Aresztowanych rozwieziono pomiędzy Bochnię i Myślenice.


 

7. SIEDEM LAT WIĘZIENIA ZA UDZIELENIE ŚLUBU

W toku śledztwa przeciwko Mice i Mrozowi śledczy uzyskali wiadomość, że „Bóbr” od września 1948 r. jest żonaty. Jego wybranką została Celina Drozdowicz, członek WiN-u. Drozdowicz 4 listopada 1946 r. została aresztowana za udział w ataku na więzienie św. Michała i skazana na 2 lata więzienia. Karę odbywała w Myślenicach. Z więzienia została zwolniona na mocy amnestii w 1947 r.

Ślubu obojgu udzielił ks. Stefan Muniak, administrator parafii w Dziekanowicach. Z prośbą o to zwróciła się do niego Drozdowicz, którą znał z wcześniejszych lat. Znając sytuację obojga narzeczonych, a szczególnie ściganego przez UB Mroza ks. Muniak zwrócił się do krakowskiej kurii z zapytaniem, czy może udzielić ślubu bez zapowiedzi, nie informując przy tym, o kogo chodzi. Kiedy uzyskał zgodę połączył oboje sakramentem małżeństwa 25 wrześniu 1948 r. w godzinach wieczornych, kiedy kościół był już zamknięty. Jedynymi uczestnikami ceremonii byli członkowie grupy Miki. Następnie w Dobczycach odbyło się „konspiracyjne” przyjęcie weselne.

Ks. Muniak spotkał się z członkami oddziału jeszcze raz w październiku tego samego roku, kiedy przyszli do niego wyspowiadać się. Duchowny został aresztowany 21 października1950 r. przez PUBP w Myślenicach (w dwa tygodnie po aresztowaniu Miki i Mroza) i poddany brutalnemu śledztwu. 5 lutego 1951 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie skazał go na 7 lat pozbawienia wolności i 2 lata utraty praw publicznych. W sentencji wyroku napisano m.in.: „Ks. Muniak Stefan (…) jest winien, że w Dziekanowicach pow. Myślenice udzielił pomocy bandzie terrorystyczno-rabunkowej Miki Józefa w ten sposób, iż we wrześniu 1948 r. udzielił członkowi tejże bandy Mrozowi Franciszkowi ślubu kościelnego, a w październiku 1948 r. udzielił Mice Józefowi, Mrozowi Franciszkowi i innym członkom tej bandy sakramentu spowiedzi oraz informacji o sytuacji w terenie czym popełnił przestępstwo”. Po procesie ks. Muniak został osadzony w więzieniu w Nowym Wiśniczu. Najwyższy Sąd Wojskowy, do którego ksiądz złożył w 1951 roku rewizję, utrzymał wyrok mimo jego złego stanu zdrowia. Dopiero interwencja biskupa Franciszka Jopa z kurii krakowskiej u Jana Izydorczyka, dyrektora Urzędu do spraw Wyznań w Warszawie spowodowała, że 27 stycznia 1955 r. udzielono mu warunkowego zwolnienia. Przesiedział więc w więzieniu blisko 4 lata. Ksiądz Muniak powrócił do Dziekanowic, gdzie mieszkał i pracował do swojej śmierci 30 marca 1969 roku. Oczywiście, jak każdy „element antysocjalistyczny” był w sposób ciągły nękany przez SB. Na jego uroczystości pogrzebowe przybyła cała okolica, a przewodniczył im arcybiskup krakowski, kardynał Karol Wojtyła.

 


 

8. PROCES I WYROK

22 marca 1951 r. był gotowy akt oskarżenia. Proces Miki i Mroza przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Krakowie rozpoczął się 7 maja 1951 r. Składowi sędziowskiemu przewodniczył kpt. Tadeusz Makowski, ławnikami byli kpr. Zdzisław Piotrowski i st. strz. Dariusz Marczewski. Oskarżał por. Aleksander Duszyński, a oskarżonych bronili adwokaci z urzędu: Zygmunt Rogowski (Mikę) i Karol Buczyński (Mroza). Proces trwał 5 dni. Podstawowe zarzuty, jakie postawiono Mice, dotyczyły jego

działalności po wrześniu 1947 r: - dążenie do obalenia przemocą ustroju państwa polskiego przez zorganizowanie i kierowanie „bandą” - dopuszczenie się „gwałtownych zamachów na osoby, będące urzędnikami państwowymi, względnie członkami PPR, w wyniku których te osoby zostały zastrzelone względnie ranione” (6 osób zabitych,

1 raniona) - dopuszczenie się „gwałtownych zamachów na jednostki Polskich Sił Zbrojnych” w wyniku których zastrzelono jednego żołnierza i dwukrotnie otwarto ogień do żołnierzy lub funkcjonariuszy UB - zabójstwo dwóch osób, niezwiązanych ani z WP, ani z UB czy MO, - zamiar zabicia kolejnej osoby, który nie doszedł do skutku, - dokonanie dwóch zamachów na poborców podatkowych, którym zabrano łącznie 87 tys. zł, - przechowywanie bez zezwolenia broni, - dokonanie 15 napadów na instytucje publiczne i 13 na osoby fizyczne w celu „przywłaszczenia mienia ruchomego”. Mroza z kolei oskarżono o: - zamiar zmiany przemocą ustroju państwa, - zastrzelenie 1 funkcjonariusza UB, - nielegalne posiadanie i ukrywanie broni, - nakłanianie Miki do zabicia dwóch członków PPR - nakłanianie do przeprowadzenia 3 napadów. Ponieważ Mróz nie ujawnił się podczas amnestii w 1947 r. rozciągnięto na niego także zarzuty, związane z dowodzeniem w 1946 r. oddziałem WiN na terenie pow. myślenickiego.

W procesie zeznawało 42 świadków – wyłącznie rodziny osób zabitych przez grupę lub osobiście poszkodowani wskutek np. zaboru mienia. Gdy natomiast obrońca Mroza zawnioskował o przesłuchanie kolejnych 18 świadków, m.in. rodzin żydowskich oraz radzieckich żołnierzy - uciekinierów z niemieckiej niewoli, ukrywanych w czasie wojny przez Mroza – sąd wniosek ten odrzucił. 12 maja 1951 r. zapadł wyrok: 14-krotna kara śmierci dla Miki, 31-krotna kara długoletniego więzienia (powyżej 10 lat), utrata praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze oraz przepadek całego mienia na rzecz skarbu państwa: 3-krotna kara śmierci na Mroza oraz kilkunastokrotna kara długoletniego więzienia (powyżej 10 lat), utrata praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze oraz przepadek całego mienia na rzecz skarbu państwa. Warto przytoczyć fragment sentencji wyroku: „(…)w okresie odbudowy Polski Ludowej, w okresie realizowania przez ludzi pracy planu 3-letniego, powstała banda składająca się z Miki, Mroza, Przeciszewskiego, Lenarta, Kapery, oraz innych współpracujących z nimi i postawiła swoje zadanie: paraliżowanie przeprowadzania reform społecznych na terenie powiatu myślenickiego i okolicznych poprzez szerzenie terroru w okolicy, a w szczególności przez likwidowanie przedstawiciele władz polski ludowej i rabunki.


Wkrótce banda ta realizuje swoje zadania zmierzające do głównego celu: zmiany przemocą ustroju Państwa Polskiego i staje się postrachem dla przytoczonych powyżej powiatów i była nim do chwili jej likwidacji w październiku 1950 r. z powodu bezkompromisowej walki z wszystkimi, którzy realizowali budowę socjalizmu w Polsce”. 12 i 15 maja obrońcy obu skazanych złożyli na ręce prezydenta Bolesława Bieruta prośby o ułaskawienie. Mec. Buczyński w swoim piśmie zacytował kilka relacji, mówiących o zachowaniu się Mroza podczas okupacji. W jednej z nich czytamy: „Od roku 1943 ukrywaliśmy się w lasach na terenie Dobczyc wraz z trzyletnim dzieckiem oraz innymi Żydami w ilości dziewięć osób… Mróz Franciszek dostarczał nam żywność, odzież… kilkakrotnie uratował nam życie… dzięki jego ofiarnej pomocy udało się nam doczekać chwili wkroczenia Armii Radzieckiej. Rozmawialiśmy w jego domu z jeńcami radzieckimi, którym udało się zbiec z niewoli niemieckiej… Wszyscy wyrażali się o Mrozie, jak o swoim ojcu, co i my potwierdzić musimy. Dzięki jego pomocy udało się nam przetrwać okupację, a on nie zwracając uwagi na to, że jesteśmy Żydami szedł nam z pomocą” (oświadczenie Macieja i Marii Jakubowiczów).

Obrońca wskazywał też na fakt, że postępowanie toczyło się w trybie doraźnym i ewentualnych uchybień proceduralnych nie mógł już, z braku środka prawnego, naprawić Najwyższy Sąd Wojskowy, gdyż wyrok w trybie doraźnym jest ostateczny. 14 maja swoje osobiste prośby o łaskę wystosowali też Mika i Mróz, o łaskę dla syna poprosiła również Anna Mika. 19 czerwca Bierut nie skorzystał z przysługującego mu prawa łaski i termin egzekucji wyznaczono na 25 czerwca. O 20.15 w więzieniu Montelupich od strzału (zapewne w tył głowy, jak to powszechnie praktykowano) zginął Mika.

Na protokole, sporządzonym po egzekucji, oprócz nazwisk obecnych na niej prokuratora, lekarza, oficera straży więziennej i księdza widnieje też nazwisko ppor. Władysława Dąbrowskiego, wymienionego jako dowódca plutonu egzekucyjnego. Dziś już wiemy, z wielu innych przykładów w Polsce, że nie było żadnych plutonów, a kaci działali w pojedynkę. Wynika więc z tego, że to właśnie ppor. Dąbrowski pozbawił życia Mikę, a pół godziny później Mroza. Autorowi artykułu udało się dotrzeć do osoby spokrewnionej z rodziną Mrozów. Z jej opowiadań, zasłyszanych od obecnego podczas egzekucji strażnika wynika, że Mróz przed wyjściem z celi śmierci stoczył dramatyczną walkę o życie, nie dając się wyprowadzić. Doszło ponoć do tego, że strażnicy musieli użyć broni, by wywlec go na miejsce stracenia. Po egzekucji oba ciała pochowano we wspólnym, anonimowym grobie na cmentarzu Rakowickim. Przez całe dziesięciolecia nie wolno było nawet umieścić tabliczki z nazwiskami zabitych. Dopiero przemiany polityczne we Polsce po 1989 r. uwolniły działania (bo pamięć była żywa nadal) na rzecz godnego upamiętnienia obu żołnierzy. Staraniem ich towarzyszy walki na grobie ustawiono piękne epitafium. Przed grobem znajduje się żelazny krzyż z wplecionym w niego symbolem Polski Walczącej. Długoletnie kary więzienia spotkały też ludzi, których bezpieka wplątała w akcję likwidacji grupy Miki. Wyrokiem WSR w Krakowie z 31 sierpnia 1951 r. Zygmunt Kącki „Kanciarz” został skazany na 15 lat, a Fryderyk Satoła „Jaszczyk” na 12 lat więzienia. Najtragiczniejsza z nich wszystkich była jednak historia Jana Ujejskiego. Wyrokiem z 31 sierpnia 1950 r. został umieszczony w zakładzie dla umysłowo chorych w Kobierzynie, gdzie zmarł.


 

9. CZARNA LEGENDA MIKI

Od śmierci „Leszka” minęły 62 lata, jednak jego postać i działalność do dzisiaj budzą kontrowersje wśród mieszkańców miejscowości, które kiedyś przemierzał wraz z towarzyszami walki. Kontrowersje te utrzymują się, chociaż coraz mniej jest osób, które były naocznymi świadkami tamtych wydarzeń. Dlaczego? Do dzisiaj pokutuje mit Miki jako bezwzględnego bandyty, żyjącego na koszt innych. Prawdziwe intencje jego działalności -walka z komunizmem - schodzą niejako na plan dalszy. Jest oczywiście rzeczą bezdyskusyjną, że pewien odsetek jego akcji to były napady w celu zdobycia środków do życia, żywności, odzieży. Z zarzucanych mu 28 takich czynów ponad połowa jednak miała miejsce w stosunku do spółdzielni czy instytucji państwowych, a tylko 13 przeprowadził na osobach fizycznych. Gdzie tylko mógł zostawiał pokwitowania na zabrane rzeczy– wiele zachowało się do naszych czasów. Inna sprawa, że typując swe przyszłe ofiary, starał się wybierać ludzi, związanych z władzą – członków partii, ormowców – i każdy taki przypadek był odpowiednio przez władze nagłaśniany. Mało tego, z premedytacją rozpuszczano fałszywe plotki. Pamiętajmy, że w terenie istniała gęsta sieć konfidentów, których zadaniem było nie tylko śledzenie każdych jego poczynań, ale też urabianie opinii publicznej przeciw niemu. Mika walczył z tym, jak mógł. Oszczerców w miarę możliwości starał się ujawniać.

Datę 1 lipca 1950 r. nosi następujące oświadczenie: „Niżej podpisany B…ach Zbigniew z Mierzna przyznaję się, że uprawiałem i rozszerzałem wrogą propagandę przeciwko Mice Józefowi i Przeciszewskiemu Emilowi, pracującym w konspiracji, występującym czynnie do walki w terenie z komunistami i ustrojem komunistycznym. W rozrzucanych i rozszerzanych obczernianiach starałem się podważyć autorytet i zepsuć opinię Mice J. i Przeciszewskiemu E. w sród społeczeństwa i wrogo go nastawić do nich. Rozpuszczałem następujące obczerniania: a/ są to ludzie wykolejeni z życia, żyją tylko krwawicą ludzką (niszczą spółdzielnie), będąc ciężarem społeczeństwa i jako tacy zginąć muszą, gdyż na przyszłość pozostaną tylko bandytami i jako tacy pozostaną tylko wyrzutkami społeczeństwa b/ Mika Józef i Przeciszewski Emil będąc na melinie u Z…ca Jakóba w Żerosławicach utrzymywali stosunki seksualne z jego żoną Władysławą, na oczach jej męża i całej rodziny, trzymając go skrępowanego pod bronią(…)"

Jest także rzeczą bezdyskusyjną, że na „konto” Miki pracowały i inne osoby. Czas tuż powojenny to okres dużego rozprzężenia. Oprócz rzeczywistych oddziałów leśnych kręciło się dużo pospolitych bandytów, zdegenerowanych wojną. Wiosną 1948 r. Mika postrzelił w Kobylcu Kazimierza L. 13 kwietnia tego roku p.o. komendanta powiatowego MO w Bochni chorąży Antoni Lebiedzki meldował swoim przełożonym w Krakowie: „Melduję że dnia 13.IV.1948 r. Szef PUBP w Bochni otrzymał list od Miki pseudo „Leszek” który był nadany w Gdowie dnia 12.IV.1948 r. W liście tym Mika pisze że Bezpieczeństwo w Bochni bardzo się interesuje postrzelonym L., który jednak ma na sumieniu 12-ście napadów rabunkowych w pow. Bochnia, Myślenice i Limanowa i że Szef UB powinien L. aresztować jeżeli nie współpracuje z nim. Dalej pisze Mika że po dokonaniu jakiegoś napadu milicja przeprowadza kilkakrotnie dochodzenie i każe mówić poszkodowanym że to zrobił Mika, Przeciszewski i Lenart co nie jest prawdą twierdzi Mika w tym liście a ci co rabują to milicja z nimi pije i nic im nie robi”.

Kolejny przykład: 21 lutego 1950 r. został dokonany napad na Szkołę Przysposobienia Rolniczego w Łąkcie Górnej. 2 napastników sterroryzowało personel szkolny, wypędziło uczniów z internatu na pole, a następnie próbowało podpalić budynek. Ich zamiarem najprawdopodobniej było uniemożliwienie prowadzenie zajęć, gdyż młodzież, która tam się uczyła, pochodziła z organizacji „Służba Polsce” – formacji paramilitarnej, stosującej polityczną indoktrynację.

 


W wyniku śledztwa, prowadzonego w tej sprawie, okazano m.in. fotografie Miki i Przeciszewskiego, których rozpoznali wszyscy świadkowie. Jak się później okazało, akcji tej dokonał zupełnie inny oddział podziemia.

Z oceną działalności Miki, Mroza i ich podkomendnych zmierzył się polski wymiar sprawiedliwości już po przemianach 1989 roku. 24 października 1996 r. Sąd Wojewódzki w Krakowie wydał wyrok stwierdzający nieważność kary śmierci orzeczonej wobec Józefa Miki i Franciszka Mroza. W uzasadnieniu stwierdzono m.in.: "(…)można było wysnuć wniosek, iż działalność J. Miki i F. Mroza to działalność pospolitych przestępców popełniających wielokrotnie zbrodnie zabójstwa, zaboru mienia. Zdaniem Sądu byłby to jednak wniosek błędny, a jego wadliwość wynikałaby z oceniania wskazanych czynów w oderwaniu od zarzutów podstawowych – działalności na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego, do którego to celu dążyli przyjętymi przez siebie metodami – walcząc z ówczesnym ustrojem politycznym, którego nie akceptowali. Stosowane przez J. Mikę i F. Mroza środki i sposób działania – niewątpliwie i jednoznacznie brutalne i trudne do zaakceptowania w czasie pokoju – należy jednak usprawiedliwić i uznać za możliwe do zaakceptowania w czasie, który nastąpił po nocy wojny światowej. W czasie tej wojny popełniono przecież w nieznanej dotychczasowej skali zbrodnie przeciw ludzkości, a w szczególności narodowi polskiemu, naruszono wszystkie systemy wartości, a przede wszystkim wartość życia ludzkiego. Okaleczanie społeczeństwa polskiego było niewątpliwie ogromne, na co nałożyły się dzisiaj już powszechnie znane metody walki o utrwalenie na ziemiach polskich nowego ustroju politycznego”. Państwo wydało już wyrok. Czas zatem na zdarcie z tej tragicznej postaci łatki pospolitego bandyty.

Oddajmy ostatni raz głos rozmówcy Apolonii Ptak: „W pewnym sensie można powiedzieć, że bezpieka stworzyła Mikę. Był prostym chłopakiem ze wsi, który po wojnie ujawnił się i chciał zaprzestać walki. Mówił do brata, że nie chciał żyć dalej jak pies. Bezpieka użyła jednak takich sił i środków na ściganie jednego człowieka, że prowokowało to Mikę do dalszych działań. Śmierć za śmierć, podstęp za podstęp, zdrada za zdradę. Ogromne koszty musiał ponosić Urząd Bezpieczeństwa, żeby zorganizować w terenie akcje pozorowanych poszukiwań naftowych, po to tylko, żeby złapać i osadzić w więzieniu kilkoro zaszczutych i, co tu dużo mówić, zagubionych w nowej sytuacji ludzi. A może chętnie wyjechaliby z kraju, dając odpoczynek znękanym nerwom i święty spokój okolicznym wioskom. Przecież do przyjemności nie należało siedzieć po kilka tygodni w stodole i wypatrywać przez szparę w deskach, czy nie zbliża się UB. Mika był już tak zaszczuty, że trudno mu było panować nad nerwami. Każdy człowiek spotkany w lesie, na drodze, każdy obcy pojawiający się we wsi mógł być jego potencjalnym zabójcą”.

 

Źródła:

Publikacje książkowe:
Apolonia Ptak, „Prawem wilka”, Kraków 1995 r.
Marian Reniak, „Sam wśród obcych”, Warszawa 1987 r.
Stanisław Wałach, „Był w Polsce czas”, Warszawa 1965 r.
„Oddali życie w walce o nową Polskę”, praca zbiorowa, Warszawa-Kraków 1987 r.

Materiały archiwalne:
IPN Kr 07/2813 t.1-11
IPN Kr 075/46 t. 1-7
IPN Kr 075/39 t.1
IPN Kr 075/70
IPN Kr 075/80
IPN Kr 110/4495 t. 1-3