Drukuj
Odsłony: 54598

Oddział partyzancki "Żandarmeria"

„Banda „Salwy” od pierwszych dni swego istnienia aktywnie przystąpiła do bezwzględnej walki z władzą ludową i jej przedstawicielami w terenie. Działalność tej bandy skierowana była głównie przeciwko organom BP, MO, członkom partii i innym działaczom postępowego ruchu społeczno-politycznego, a więc miała charakter wybitnie polityczny(…) Dokonywanie napadów i terroru politycznego miało na celu – poza zdobywaniem środków materialnych –zastraszenie członków PPR i innych działaczy polityczno-społecznych przed aktywną działalnością oraz hamowanie procesu umacniania się władzy ludowej w terenie” – pisał w sierpniu 1976 r., a więc długo po opisywanych wydarzeniach, kpt. Władysław Siejak z KW MO w Krakowie, w stworzonej przez siebie charakterystyce „bandy”, dowodzonej przez kpt. Jana Dubaniowskiego. Oczywiście w PRL-u nie do pomyślenia było nazwanie oddziału partyzantki antykomunistycznej inaczej niż „banda”, jednak z opisu tego wyziera respekt przed skutecznością działań „Salwy”.

1. Z "Szarotki" - "Salwa"

Kim zatem był człowiek, który stworzył najpotężniejszą antykomunistyczną formację zbrojną na Bocheńszczyźnie po zakończeniu wojny, którego tak bała się bezpieka i aparat partyjny? Urodził się w Krakowie 21 września 1912 roku, nie walczył więc na frontach I wojny światowej ani w późniejszych walkach o całość i integralność Rzeczpospolitej. Jako członek korpusu kadetów – już w wolnej Rzeczpospolitej - od najmłodszych lat był jednak wychowywany w duchu służby Ojczyźnie i w tradycjach walk o niepodległość. W korpusie kadetów zdał maturę, potem ukończył szkołę podchorążych artylerii i został zawodowym żołnierzem Wojska Polskiego. Wraz z rodziną mieszkał w Przemyślu. W wojnie obronnej 1939 r. bił się z Niemcami wraz ze swoim oddziałem artylerii i trafił do niemieckiego obozu dla jeńców (Oflag II b w Choszcznie - obecnie woj. zachodniopomorskie), skąd jednak udało mu się zbiec i wrócić do rodzinnego Krakowa. Mniej szczęścia miał jego brat Dionizy, którego NKWD zamordowało w Katyniu. W 1942 r. wstąpił w szeregi Armii Krajowej. Używając pseudonimów „Szarotka” i „Wycior” dowodził odtwarzanym w podziemiu I dywizjonem 6 pułku artylerii ciężkiej AK. Latem 1944 r. wstąpił do oddziału partyzanckiego rtm. Józefa Świdy ps. „Dzik”. U Świdy „Szarotka” pełnił funkcję szefa wyszkolenia. Wkrótce potem Dubaniowski został przydzielony jako oficer taktyczny do Zgrupowania Oddziałów Partyzanckich „Odwet” w obwodzie myślenickim AK. Dowódcą całego zgrupowania był mjr Aleksander Mikuła „Orion”, a rola jego adiutanta przypadła w udziale właśnie Dubaniowskiemu, który przeszedł ze zgrupowaniem cały szlak bitewny, zakończony 19 stycznia 1945 r., gdy tereny wokół Bochni zostały definitywnie oczyszczone z wojsk niemieckich, a na wyzwolone obszary wkroczyła Armia Czerwona. Dubaniowski nie ujawnił się i nadal pozostawał w konspiracji. Rozwiązanie AK zmusiło go do poszukiwania kontaktów z innymi środowiskami konspiracji niepodległościowej i w czerwcu 1945 r. nawiązał współpracę z krakowską komendą Narodowych Sił Zbrojnych, w ramach której, już pod pseudonimem „Salwa”, objął dowództwo nad obwodem bocheńskim NSZ.


Tworząc jego struktury nadal bazował na lokalnych kadrach Armii Krajowej, a nawet Batalionów Chłopskich, gdyż te środowiska znał najlepiej z okresu konspiracji. Pierwsze swe kroki skierował do Lubomierza, gdzie nawiązał kontakt z byłym dowódcą tamtejszej placówki AK-BCh, plut. Józefem Trutym ps. „Lis” i wspólnie, w atmosferze potęgujących się represji radzieckiego NKWD, ale i coraz energiczniej działającego rodzimego UB zaczęli tworzyć nowy oddział partyzancki. Dubaniowski formalnie objął nad nim dowództwo 22 czerwca 1945 r. Formacja liczyła początkowo około 30 ludzi, ale nie był to typowy oddział leśny – jego członkowie na co dzień przebywali w swoich domach, zbierali się razem dopiero przed akcją. „Żandarmeria” składała się z 4 tzw. „terenówek” – placówek rozrzuconych na terenie całego powiatu.

Placówką w Wieńcu dowodził Władysław Węgrzyn „Poniatowski”, w Wiśniczu Nowym Władysław Broniszewski „Przemyk”, w Łąkcie Górnej Jan Truś „Strzała”, a w Kłaju Stanisław Wróbel. Zachował się dokument, w którym „Salwa” określa swe priorytety na przyszłość:

Nie był to więc program, który mógł spodobać się nowej władzy. Ta jednak, nie czując się jeszcze na tyle silna, by stłumić od razu wszystkie ogniska nielegalnej konspiracji, próbuje posunięć politycznych i 2 sierpnia ogłasza amnestię. Chwilowo uspakaja to nastroje, UB też jest jakby mniej aktywne. Ale na krótko. Już jesienią, gdy komuniści przekonali się, że z amnestii skorzystała tylko niewielka część ludzi podziemia, rozpoczyna się nowa fala represji. Kto tylko z byłych akowców zdołał uciec przed ubeckimi łapsami, ten wybierał las – tę partyzancką ostoję czasów okupacji. Kompleksy leśne znów zaroiły się od ludzi i nie byli to bynajmniej poszukiwacze grzybów. „Salwa”, jak większość przedstawicieli podziemia narodowego, należał do osób sceptycznie nastawionych do nowych władz i nawet nie zamierzał ujawniać swej dotychczasowej działalności – i w prawdziwości dokonanego wyboru utwierdził się bardzo szybko, dowiadując, ile dawnych kolegów z partyzantki ukrywa się w masywach Beskidu Wyspowego czy ostępach Puszczy Niepołomickiej


2. Powstanie oddziału leśnego

W listopadzie 1945 r. Dubaniowski w porozumieniu z Trutym zarządził utworzenie nowego oddziału, który – jako jednostka stale kwaterująca w lesie – mógł być zarówno schronieniem dla osób „spalonych”, jak i narzędziem czynnego zwalczania władz komunistycznych i ich administracji. 11 listopada wydał zarządzenie, które wszystkim zagrożonym członkom konspiracji dawało możliwość ochotniczego wstąpienia do oddziału, nad którym objął bezpośrednią komendę. W ten sposób powstał oddział partyzancki NSZ, coraz rzadziej używający nazwy „Żandarmeria”, a bardziej znany pod nazwą „Salwa” - identyczną z pseudonimem dowódcy. Jego pierwszą kadrą było jednak nadal 30 ludzi „Żandarmerii”. Pod skrzydła nowego dowódcy garną się ludzie z terenu całego powiatu bocheńskiego, ale też myślenickiego i limanowskiego. Nie brakuje mieszkańców Bochni, ale są też ludzie z terenu praktycznie całego powiatu. W nowym oddziale spotkali się ponownie żołnierze z nieistniejących już oddziałów rtm. Józefa Świdy - „Dzika”, Franciszka Mroza - „Żółwia”, ppor. Gustawa Rachwalskiego - „Pogroma” , por. Stefana Kaczmarczyka - „Bacy” czy Bolesława Wróbla – „Orła”

Tajemniczą do dzisiaj sprawą jest kwestia, kto stanowił ścisły sztab „Salwy”. Przypuszcza się, że zastępcą był pochodzący z Kłaja człowiek o nazwisku Kurek, ps. „Rawicz”, a adiutantem nierozszyfrowany do dzisiaj „Kryska”. Nowa formacja szybko osiągnęła stan 70 ludzi, ale nie to było jej największym atutem – ponieważ w zdecydowanej większości tworzyli ją mieszkańcy okolicznych wiosek, doskonale znający teren i mający tam wielu znajomych w krótkim czasie wokół oddziału wyrosła sieć cywilnych współpracowników – informatorów, łączników i właścicieli melin. To nie był czas wojny, gdy jeden oddział partyzancki mógł tkwić na jednych i tych samych leżach całe miesiące. Teraz wróg mógł pojawić się w każdej chwili i uderzyć w dowolnym miejscu. Od ruchliwości, szybkości działania partyzantów, zdolności do przemieszczania się w coraz to nowe miejsca zależała ich przyszłość. Dodatkowym atutem oddziału był brak sztywnych ram organizacyjnych – to, że liczył 70 żołnierzy nie oznaczało wcale, iż owa siedemdziesiątka przebywała stale razem w jednym miejscu.

Oddział dzielono na mniejsze grupy, część ludzi była czasowo zwalniana do domów, na ich miejsce przychodzili inni, w zimie w ogóle zawieszano działalność i „leśni” kwaterowali po wsiach. Szacuje się, że przez 2 lata działalności przez oddział „Salwy” przewinęło się łącznie 110 ludzi. Ludzi świetnie wyszkolonych i uzbrojonych. Praktycznie wszyscy posiadali broń automatyczną – pistolety maszynowe i lekkie karabiny maszynowe. Dużo broni partyzanci przynieśli ze sobą, ale oddział został też zasilony dostawą ok. 40 sztuk, które na początku 1946 polecił wydać „Pogrom” w związku zawieszeniem działalności swojego oddziału. Utrzymać tylu ludzi w jednym oddziale nie było łatwo, zwłaszcza z powodów aprowizacyjnych i mieszkalnych. Dlatego zapada decyzja, by podzielić go na kilka mniejszych, mających sporą autonomię w działaniu. Oddziałem operującym na południu, na styku powiatów bocheńskiego i myślenickiego, dowodził „Lis”. Grupą północną - najpierw Stanisław Dyląg „Ślusarczyk”, a po jego aresztowaniu - Eugeniusz Gałat „Sęp” z Kłaja. Gałat był doświadczonym partyzantem, miał za sobą piękną konspiracyjną kartę z okresu okupacji. Po zakończeniu wojny nie ujawnił się, tylko wstąpił do oddziału NSZ, dowodzonego przez Bolesława Wróbla, ps. Orzeł”. Jesienią 1945 r. Gałat wraz z Wróblem wyjechali do Raciborza. Tam „Sęp” został aresztowany i wtrącony do więzienia. W styczniu 1946 r. udało mu się sforsować więzienne mury i powrócić w rodzinne strony, gdzie od razu trafił do „salwowców”.


3. Akcje zbrojne

Pierwszej akcji „salwowcy” dokonali zanim stali się oddziałem leśnym. We wrześniu 1945 roku na szosie koło Nieznanowic zatrzymali auto osobowe, którym jechał oficer (w randze majora) Armii Czerwonej z kierowcą. Obu krasnoarmiejców zastrzelono, a zdobyty pojazd służył od tego czasu oddziałowi. Do pierwszego starcia z UB doszło już 18 listopada 1945 r. – praktycznie w tydzień po powstaniu oddziału. Dwa dni później, 20 listopada, ludzie „Salwy” zastrzelili w Raciechowicach dwóch funkcjonariuszy MO i UB z Bochni, wysłanych do Lubomierza, aby dokonać tam aresztowań. 28 grudnia „salwowcy” zastrzelili w Trzcianie Bronisława Klimczaka, komendanta posterunku milicji z Łapanowa. Na przełomie listopada i grudnia doszło do pierwszej wielkiej obławy przeciwko „Salwie”. Uczestniczyły w niej formacje wojsk wewnętrznych, funkcjonariusze krakowskiego UB oraz tzw. „doradcy” z NKWD, nierzadko kierujący poczynaniami swych polskich odpowiedników. Aresztowano łącznie 25 osób, w tym kilkunastu ludzi „Salwy”. Uzyskano od nich informacje nie naprowadziły jednak bezpieki na ślad oddziału. Przy okazji aresztowań skonfiskowano ok. 20 karabinów, pistolet maszynowy, ręczny karabin maszynowy i kilkaset sztuk amunicji. Druga akcja pacyfikacyjna odbyła się pomiędzy 13 a 15 grudnia. Wysłano w teren dwie grupy operacyjne. Jedna liczyła 18 żołnierzy KBW, druga 23 ludzi, w tym dwóch enkawudzistów, kierownik PUBP Bochnia wraz z dwoma podkomendnymi i 18 ludzi z WUPB w Krakowie. Całością dowodził por. Jerzy Riff, zastępca szefa Wydziału Operacyjnego Dowództwa Wojsk Wewnętrznych województwa krakowskiego.

Efekty akcji były nikłe. Początek 1946 roku to okres największej aktywności i sukcesów „Salwy” w zwalczaniu już nie tylko tropiących go milicjantów i ubeków, ale i całego aparatu partyjno-rządowego w powiecie bocheńskim. Likwidowano pojedynczych ubeków i ich konfidentów, rozbijano posterunki MO i urzędy gminne, w których niszczono akta, wykorzystywane do ściągania kontyngentów i organizacji poboru do wojska. 8 stycznia rozbrojono milicjanta w Krzyszkowicach pow. Myślenice. 16 stycznia ginie w Gdowie Paulin Bzdyl, sekretarz PPR, wsławiony przeprowadzaniem parcelacji majątków - w wielu wypadkach będących ośrodkami ruchu oporu. 5 lutego „Salwa” zajmuje posterunek milicji w Łapanowie, w którym przebywa trzech funkcjonariuszy UB z Bochni: Kazimierz Modzelewski, Jan Szpiczak i Stanisław Zachariasz. Wszyscy zostają rozstrzelani. 9 lutego podjęto nieudaną próbę zdobycia posterunku MO w Raciechowicach. Zaraz potem, 20 lutego, zlikwidowano funkcjonariusza UB z Bochni. 25 lutego oddział rozbił posterunek w Trzcianie, rekwirując broń i wyposażenie. Działalność „Salwy” jest tak intensywna, że w kwietniu na osiemnaście terenowych kół PPR w powiecie osiem zawiesza działalność, a tylko dziesięć istnieje, częściowo… w konspiracji.


Wywołuje to kontratak organów bezpieczeństwa, które tym razem chwytają się innej metody – próbują wprowadzić do „Żandarmerii” agentów, by rozpracować oddział od środka. Nie daje to wymiernych rezultatów. Ludzie boją się współpracować z bezpieką w obawie przed dekonspiracją i wyrokiem ze strony „leśnych”. Sam „Salwa” w tym czasie oceniał optymistycznie warunki, w jakich funkcjonował oddział. Raportował do swego dowództwa, że teren ma opanowany, co oznaczało bezpieczeństwo poruszania się i kwaterowania, nie dopuszczał do infiltracji przez konfidentów i cieszył się też życzliwością ze strony ludności cywilnej – bodajże najważniejszym czynnikiem, gwarantującym pomyślność w przetrwaniu oddziału. Nie ustrzegł się jednak strat: 10 marca wydzielony patrol grupy południowej miał dokonać akcji na trzech konfidentów w Zbydniowie. Zanim do niej doszło ktoś zawiadomił wojsko, które prowadziło kolejną akcję przeciwpartyzancką. 93-osobowa grupa żołnierzy KBW pod dowództwem kpt. Borysieńki starła się z 10 ludźmi „Salwy”. W strzelaninie zginął Józef Truty, reszcie udało się oderwać od przeciwnika. Miejsce „Lisa” zajął 19-letni Józef Mika „Wrzos”, który mimo młodego wieku cieszył się już dużym uznaniem ze strony „Salwy”. „Rozpędzony” Dubaniowski uderza nadal: w nocy z 9 na 10 marca jego ludzie składają wizyty w domach tych mieszkańców Lipnicy Murowanej, którzy są członkami PPR lub funkcjonariuszami UB w Bochni. Pozbawiono ich co cenniejszych rzeczy i oznajmiono na odchodnym, że zadaniem oddziału jest wytępienie PPR. 20 marca ludzie „Salwy” zabijają w Zawadzie niejakiego Michniaka. Na niedzielę 31 marca Dubaniowski zamawia u proboszcza łapanowskiego mszę za duszę Trutego. Udający się do kościoła partyzanci spostrzegają wjeżdżające na rynek samochody z milicją i UB…

4. Akcja pod Łapanowem

Już pewnie nie uda się jednoznacznie ustalić, czy zasadzka pod Łapanowem była wynikiem informacji o wiecu, jakie otrzymał „Salwa” od swoich informatorów, czy tylko dziełem przypadku, zbiegiem okoliczności, jakim było jednoczesne zamówienie mszy za Trutego i przeprowadzenia wiecu przedreferendalnego w szkole w Łapanowie. Do wiecu dążyły władze w Bochni, ponieważ poglądy polityczne mieszkańców południowej części powiatu były jej doskonale znane. Od czasu powrotu do Polski premiera Stanisława Mikołajczyka i powstania Polskiego Stronnictwa Ludowego, jedynej w tamtym okresie legalnej partii opozycyjnej, jej hegemonia na Bocheńszczyźnie nie podlegała wątpliwości. Szacuje się, że na 100 tysięcy mieszkańców powiatu, na początku 1946 r. do PSL mogło należeć nawet 20 tysięcy ludzi! PSL, która obok PPS i PPR, wchodziła w skład Powiatowej Rady Narodowej w Bochni, była przedmiotem ostrych ataków ze strony komunistów.

Symptomatyczna była np. wypowiedź przewodniczącego PRN w Bochni Jana Dębka z PPR, który na forum Rady 3 marca 1946 r. wypowiedział się następująco o PSL-wcach: „Są to ludzie z AK, którzy usiłują wcisnąć się wszędzie pod płaszczykiem Stronnictwa Ludowego. Są to pachołki polskiej reakcji, tej samej reakcji, która podczas wojny tropiła polskich partyzantów z Armii Ludowej nie gorzej od niemieckiego gestapo i współpracowała z Niemcami w prześladowaniu polskiego ruchu wolnościowego”. Nic więc dziwnego, że PSL, w osobie szefa jej struktur powiatowych Władysława Ryncarza, z rezerwą odnosiła się do wspólnego wystąpienia na wiecu w Łapanowie, podobnie zresztą jak działacze PPS, która w owym czasie nie była jeszcze „przystawką” PPR. Ostatecznie na wiec udała się ekipa władz wojewódzkich i miejskich w składzie: Jan Chlebowski, kierownik Wydziału Propagandy KW PPR w Krakowie, Zygmunt Młynarski, przedstawiciele wojewódzkich struktur SD (Kwiatkowski) i Stronnictwa Ludowego (będącego ówcześnie w opozycji do PSL) - Dźwigaj. „Czynniki” bocheńskie reprezentowali I sekretarz KP PPR Wacław Rybicki, II sekretarz KP PPR Stanisław Smajda oraz wicestarosta Andrzej Burda.


Prelegenci mieli zapewnioną silną ochronę w postaci 11 milicjantów i ok. 10 funkcjonariuszy UB – wszyscy z Bochni. Dowódcą ubezpieczenia był sierż. Stanisław Gruszka – komendant powiatowy MO w Bochni. Sam wiec w budynku szkoły przebiegał spokojnie. Milicjanci i ubecy ochraniali budynek od zewnątrz. Po jego zakończeniu cała blisko 30-osobowa grupa wsiadła w trzy samochody i wyjechała w kierunku Bochni. Jako pierwszy jechał studebacker z milicjantami, w środku osobowy opel-taksówka z funkcjonariuszami partyjnymi, a kawalkadę zamykał ciężarowy dodge z ubekami. „Salwowcy” (zależnie od relacji: 11 do 13 ludzi), wybierając na miejsce zasadzki jar za Stradomką, podzielili swe siły na dwie części: czterech ludzi skryło się w płytkim przydrożnym rowie, a reszta oddziału, z „Salwą” na czele ukryła się na mocno porośniętym wzniesieniu, górującym nad drogą. Gdy nadjechało pierwsze auto z milicjantami zrzucono na nie ze skał wiązkę granatów. Pojazd stanął w ogniu. Wtedy na próbujących wyskakiwać z niego ludzi położono krzyżowy ogień z obu stron drogi. Nie mieli wielkich szans na przeżycie. Na drodze znieruchomiały ciała czterech milicjantów: komendanta Gruszki, Władysława Kurczaba, Antoniego Korty i Mieczysława Chałudy. Piąty milicjant, Fryderyk Migdał, zmarł po przewiezieniu do szpitala.

W następnej kolejności ogień został przerzucony na dwa pozostałe auta: w drugim, z funkcjonariuszami partyjnymi, ranni zostali: Smajda, Młynarski i Kwiatkowski. Samochód z ubowcami zdążył zatrzymać się nieco dalej, w związku z czym był mniej narażony na ostrzał, ale i tak zginęło kolejnych trzech funkcjonariuszy: Franciszek Miałszygrosz, Leon Piegza i Michał Stryjski. Kolejnych dziewięciu ludzi z ochrony zostało mniej lub bardziej rannych. Dwudziestominutową strzelaninę przerwało dopiero zbliżanie się gromady ludzi, którzy wracali do domów po mszy w Łapanowie. „Salwa” nakazał odwrót i bez strat w ludziach oddział wycofał się. Na drodze i w rozbitych samochodach w kałużach krwi leżało 20 osób. To była największa porażka władzy w wojnie z „salwowcami”: zginęło ośmiu ludzi z MO i UB, kolejnych dwanaście osób zostało rannych.

Komuniści nigdy tego nie wybaczyli Dubaniowskiemu. Odwet rozpoczął się praktycznie następnego dnia. Do Łapanowa i okolicznych wsi ściągnięto liczne zastępy MO, KBW i UB. Przeczesywano dom za domem w poszukiwaniu „bandytów”, ale ludzie „Salwy” umieli mylić pogoń. Wobec tego cała wściekłość władzy skupiła się na ludziach, których podejrzewano o pomoc w zorganizowaniu zasadzki. Spalono dom, stajnię wraz z inwentarzem, stodołę i wozownię Wojciecha Sotoły, członka Komisji Rewizyjnej powiatowego PSL, ojca Fryderyka Sotoły ps. „Jastrzyk”, członka oddziału „Salwy”. Następnie aresztowano wójta Łapanowa Jana Jarotka, którego po przewiezieniu do bocheńskiego UB poddano wymyślnym torturom i zamęczono na śmierć. 2 kwietnia jego zwłoki zagrzebano na podwórku PUBP, a do Krakowa przesłano informację, że… został zastrzelony podczas próby ucieczki z UB.


Tego i w następnych dniach aresztowano jeszcze 7 innych członków PSL: Stefana Kucharczyka, Stanisława Szostaka, Józefa Kowalczyka z Woli Wieruszyckiej koło Łapanowa, a także Pawła Janiczka i Józefa Bilskiego. 4 kwietnia aresztowany został kierownik młyna w Siedlcu, Cyprian Karpała, a 8 kwietnia Piotr Niewidok ze Zbydniowa.

4 kwietnia w Bochni odbyły się uroczystości pogrzebowe zabitych pod Łapanowem. Całą ósemkę pochowano przed pomnikiem, odsłoniętym w 1935 r. dla uczczenia bochnian, poległych na frontach I wojny światowej i wojnie 1920 roku. „Pomnik Legionistów” podczas wojny został ogołocony przez Niemców z mosiężnych liter i tablic z nazwiskami poległych. Był więc poniekąd „bezimienny”, co wykorzystali komuniści, adaptując na swoje potrzeby i próbując przerobić na „pomnik milicjanta”. Już kilka dni po uroczystościach rodzice poległych (tylko jeden z nich pochodził z terenu naszego powiatu) po cichu wywozili ciała w rodzinne strony. Prawdopodobnie stało się tak z sześcioma ciałami. Szczątki dwóch poległych pod Łapanowem wedle wszelkich poszlak dalej znajdują się nadal w ziemi przed pomnikiem

5. Odwet za Łapanów

Relacja syna wójta Łapanowa, Jana Jarotka:

„Było to dokładnie 1 kwietnia 1946 r. Z niedzieli na poniedziałek wczesnym świtem podjechały pod nasz dom w Woli Wieruszyckiej dwa samochody: jeden wojskowy, drugi milicyjny. Kilku z nich wpadło do mieszkania, zaczęli przeszukiwania i plądrowania mieszkania. Jeden z UB, Witold Janiga, zabrał mojemu ojcu 50 000 zł, gdy to ojciec zobaczył tłumaczył im, że 30 000 zł jest gminne. Wraz z pieniędzmi zabrali jeszcze samochód ciężarowy, będący własnością ojca i jego brata Stanisława oraz mój rower, który parę dni wcześniej kupiłem sobie w Krakowie. Po zajęciu tego kazali nam, tj. ojcu, mnie i ojca bratu Stanisławowi wsiąść do jednego z ich samochodów, zaraz tez przyprowadzili trzech Kowalczyków: Józefa oraz jego synów Tadeusza i Stanisława. Samochodem tym przywieźli nas wszystkich do Wnęka do Łapanowa, tam musieliśmy przenosić trupy i rannych na samochód(…) Zawieźli nas wszystkich do Bochni na UB. Był to już wieczór, tam wsadzili nas do jednej celi i pojedynczo zaczęły się przesłuchania i bicie. Wcześniej jeszcze w celi zaczęli od kopania, bicia mojego ojca, nawet chodzili po nim. Miał połamane zebra i nie mógł oddychać(…) Wcześnie rano klucznik zawołał wójta tj. mojego ojca, wiedzieliśmy, że zaczną się znów przesłuchania i bicie, ojciec już nie wrócił. Aresztowanie trwało 6 tygodni, codziennie były przesłuchania i tortury, jeden przeważnie zadawał pytania, a ten z tyłu zaraz bił. Byliśmy bardzo wycieńczeni, nie mieliśmy żadnych zmian bielizny, jedynie to, w czym nas zabrali, nie było możliwości się ogolić, a nawet umyć, wszyscy byli zawszeni. Całodzienne wyżywienie to kromka chleba, na obiad zupa wodzianka, a na wieczór czarna kawa. Któregoś dnia w czasie naszego aresztowania jeden z więźniów dochodzących, pracujących na UB, przekazał mi wiadomość, że mojego ojca zakatowali i owiniętego w koc zakopali na podwórcu, wskazując mniej więcej miejsce. Później, jak się okazało, jeden z psów UB-eków wywęszył i wygrzebał ciało mojego ojca, przez co został wywieziony na cmentarz choleryczny w Bochni”.

Podbudowani łapanowskim sukcesem ludzie „Salwy” 25 kwietnia zabili sołtysa Brzozowej – Józefa Paszkota i jego żonę Annę, a 1 maja uderzyli na Spółdzielnię Samopomoc Chłopska w Kłaju, skąd zabrali w gotówce 40 tys. zł. Wracając do bazy zdążyli jeszcze… rozpędzić pochód pierwszomajowy w tej miejscowości. 3 maja z kolei oddział atakuje posterunek MO w Trzcianie. W czasie niekontrolowanej wymiany strzałów ginie zastępca komendanta posterunku Stanisław Machalski, a przebywająca wraz z nim na posterunku narzeczona - Maria Gumulska - zostaje ciężko ranna. Umiera w drodze do szpitala. 9 maja „salwowcy” rozbrajają pięciu żołnierzy w Kłaju. 13 maja idą z dymem wszystkie akta Urzędu Gminy w Łapanowie, a 27 maja ludzie Dubaniowskiego zajmują dworzec kolejowy w Bochni, zabierając z kasy kolejowej 90 tys. zł. 5 czerwca oddział dokonuje następujących po sobie napadów na spółdzielnie w Rozdzielu i Rajbrocie, konfiskując w nich artykuły spożywcze.


6. Działalność w II połowie 1946 r.

Ze względu na bardzo dużą aktywność sił bezpieczeństwa w terenie, latem 1946 r. główne siły oddziału „Salwy” przeniosły się na teren powiatu limanowskiego i nowosądeckiego, gdzie przeprowadzano wspólne akcje z oddziałem Andrzeja Szczypty „Zenita”, który na ten czas operacyjnie podporządkował się „Salwie”. W czerwcu 1946 r. oddział Dubaniowskiego zdobył i spalił posterunek MO w Kamionce Małej i dokonał ataku na posterunek MO w Łukowicy, w nocy z 19 na 20 czerwca w Jodłownikach pow. Limanowa zorganizowano zasadzkę na przebywających tam żołnierzy KBW, z których jeden został zabity, a 6 lipca w Zagórzanach zastrzelono działacza SL Stanisława Soleckiego, podejrzewanego o współpracę z UB. 10 lipca 15 ludzi „Salwy” rozbiło sklep GS w Lipnicy Dolnej. 9 sierpnia zdobyto posterunek MO w Kamionce (pow. Limanowa), paląc w nim wszystkie dokumenty, zdobywając broń i motocykl. W nocy 12/13 sierpnia w strzelaninie z „salwowcami” ginie kolejny żołnierz KBW. Także w sierpniu, nieustalonego bliżej dnia, zabito za przynależność do PPR mieszkańca Grybowa. Mieczysława Jodłowskiego.

Salwa” powrócił w dawny rejon stacjonowania, ale wydzielił z szeregów oddział (wówczas 16-letniego!) Władysława Morajki ps. „Błysk”, który, w ścisłym kontakcie z dowódcą, rozpoczął działalność na terenie powiatu limanowskiego. Oddział liczył 22 ludzi. Od października do grudnia 1946 r. zdołał dokonać sześciu akcji ekspropriacyjnych (w Jodłowniku, Szczyżycu, Skrzydlnej i Jodłowniku) oraz zlikwidować członka PPR, Józefa Mirgę, podejrzewanego o współpracę z UB. Jednak już w grudniu 1946 r. oddział został rozbity przez UB, a jego żołnierze wraz z dowódcą – aresztowani.

Sam „Błysk” dostał wyrok 15 lat więzienia, z którego już nie wyszedł – zmarł na gruźlicę w Rawiczu w marcu 1950 r., nie mając jeszcze ukończonych 20 lat. Wróćmy jednak do „Salwy”: wśród akcji przeprowadzonych po powrocie na Bocheńszczyznę wymienić można: likwidację w Żerosławicach członka PPR Wojciecha Hutę, kolejne (które to już w rzędu?) rozbicia posterunku MO w Łapanowie – 19 września, 3 i 8 października (zginęło wtedy trzech milicjantów: Tadeusz Kępka, Jan Kozłowski i komendant posterunku Edward Szkarłat) oraz posterunku MO w Iwkowej (23 października) oraz rozbrojenie – niejako przy okazji - czterech żołnierzy WP z ochrony linii telefonicznej i zdobycie wojskowego samochodu ciężarowego. 2 października, rozbijając spółdzielnię w Żegocinie ludzie „Salwy” natknęli się na dwóch Cyganów, których podejrzewano o współpracę z organami bezpieczeństwa, w wyniku czego obu zabito. 15 października zaatakowano na szosie w okolicach Siedlca samochód Komitetu Wojewódzkiego PPR z Krakowa. W wyniku ostrzału ciężko ranny został kierowca auta – Piotr Dziedzic.Także w październiku w Łapanowie dotkliwie pobito za przynależność do PPR mieszkańca tej miejscowości, Jana Wojasa, który zmarł kilka dni później w wyniku doznanych obrażeń. 19 listopada w Targowisku i Kłaju zastrzelono trzech pepeerowców, podejrzewanych o donosy do UB. Zginęli wtedy: Wojciech Trzaskalski i Nowak z Kłaja oraz Jan Ślęczek z Targowiska. Także w listopadzie w swoim domu w Baczkowie został zastrzelony członek PPR Władysław Porębski. Zginął w wyniku wyroku, jaki wydał na niego „Salwa” do złożenie donosu do UB, w którym poinformował o zasadzce dokonaj przez „salwowców” na samochód, przewożący pracowników bezpieczeństwa.

Grudzień to dla ludzi „Salwy” okres intensywnych ataków na lokale wyborcze w związku z zarządzonymi na styczeń 1947 r. wyborami do sejmu ustawodawczego. 20 grudnia w Woli Wieruszyckiej zlikwidowano Edwarda Białego, dowódcę grupy operacyjnej ORMO, wyznaczonej do ochrony lokalu wyborczego w Łapanowie. 31 grudnia dwóch kaprali KBW z ochrony lokalu wyborczego – Drzymalski i Grabowski - zginęło w wyniku starcia w Trzcianie. 3 stycznia uprowadzono członka obwodowej komisji wyborczej w Nowym Wiśniczu – Wiesława Rudkę. Tym razem od „salwowców” odwróciło się szczęście, bowiem milicja zorganizowała natychmiastowy pościg za napastnikami. W jego wyniku zginął jeden z partyzantów. 7 stycznia, w bliżej nieustalonych okolicznościach w walce z ludźmi „Salwy”, zginął sierżant KBW Jan Łukasik, natomiast 19 stycznia w czasie pościgu za „salwowcami” w Łapanowie ranny został kpt. Pułaciński, dowódca grupy operacyjnej WP, a jeden z jego podkomendnych, plut. Franciszek Jawor, zginął na miejscu. W lutym zabito, podejrzewanego o kontakty z UB, Mieczysława Włosińskiego z Zegartowic, którego 28 stycznia aresztowało myślenickie UB, ale następnie wypuściło na wolność. 21 lutego zaatakowano stacją kolejową w Bobowej, gdzie spodziewano się znaleźć większą ilość gotówki. Pieniędzy jednak nie było. Wycofujący się członkowie oddziału zerwali połączenia telefoniczne. Podobną w charakterze akcję zorganizowano 2 marca na stacji PKP w Podłężu. Przebywali wtedy w niej dwaj żołnierze WP i nieumundurowany pracownik informacji wojskowej, któremu udało się zbiec z terenu dworca i zawiadomić przebywającą w Niepołomicach grupę operacyjną KBW-UB. W czasie nieudanego pościgu za „salwowcami” zginął jeden z żołnierzy.


 

Funkcjonariusze UB i PPR wkraczają w dalsze obszary życia publicznego, nie zważając na przekroczenie uprawnień i bezprawność swoich działań. Poniżej fragment protokołu z przesłuchania w krakowskim WUBP Henryka Koszałki, członka PPR ,na okoliczność pozbawienia prawa do głosowania Karoliny Dubaniowskiej, matki Jana Dubaniowskiego:

"Pytanie: Dlaczego i kto pozbawił prawa głosowania ob. Dubaniowskiej?

Odpowiedź: Na podstawie własnej obserwacji i wypowiedzeń antypaństwowych przez Dubaniowską uważałem że jest niegodna oddania głosu jako uczciwa obywatelka Rzeczypospolitej polskiej, dlatego zameldowałem przewodniczącemu komisji, który pozbawił ob. Dubaniowską prawa głosu”.

Matka wroga ludu nie zasługuje na prawa wyborcze.....

 

7. Ujawnienie

Ogólna sytuacja oddziału jednak pogarszała się. Aparat bezpieczeństwa okrzepł i zadawał coraz boleśniejsze ciosy oddziałom leśnym – pod koniec lutego 1947 r. zginął „Ogień” – Józef Kuraś, miesiąc wcześniej miały miejsce sfałszowane wybory do sejmu i mimo że w naszym rejonie wygrało jej PSL, nadzieje na pokonanie komunistów słabły – tak jak wiara w kolejną wojnę światową, którą ZSRR miały wypowiedzieć państwa Zachodu. W niedługim czasie po śmierci „Ognia” ogłoszono kolejną amnestię, która dla ludzi podziemia zdawała się być szansą na powrót do normalności, a pamiętajmy, że dla wielu z nich codzienne balansowanie na granicy życia i śmierci trwało od początku wojny, czyli już blisko osiem lat. Podobne zdania pojawiały się w oddziale „Salwy”. Sam Dubaniowski był sceptyczny co do ujawniania, ale skoro ludzie nalegali - wysłał kilku na ochotnika. Gdy wrócili cali i zdrowi i stwierdzili, że nic im po ujawnieniu nie zrobiono, zdecydował się na ujawnienie całego oddziału. Stało się to 14 marca 1947 r. Pod siedzibę bocheńskiej UB przy ul. Krakowskiej zajechało auto ciężarowe, z którego wysiadło kilkudziesięciu uzbrojonych mężczyzn. Świadkowie tego wydarzenia zapamiętali, że wszyscy bez wyjątku nosili długie brody. Oddali jeszcze salwę honorową, po czym złożyli broń i przystąpili do wypełniania formularzy ujawniających. Dodatkowo Dubaniowski wystosował do wszystkich swoich byłych podkomendnych list, w których wzywał ich do ujawnienia się. Jako jeden z ostatnich, 20 marca, ujawnił się Józef Mika „Wrzos”.

Bilansem pierwszego, 22-miesięcznego okresu działalności oddziału, dowodzonego przez Dubaniowskiego, było łącznie 106 akcji. W ich wyniku zginęło 10 ludzi „Salwy”, lecz lista strat drugiej strony jest zdecydowania wyższa, sięgając 50 osób (7 funkcjonariuszy UB, 10 milicjantów, 7 żołnierzy KBW, 2 żołnierzy Armii Czerwonej, 1 członek ORMO, 8 członków PPR, 15 osób cywilnych – w większości podejrzewanych o współpracę z UB). Rozbito 7 posterunków MO (kilka wielokrotnie), dokonano ataków na 12 instytucji państwowych (głównie urzędy gmin, lokal wyborczy) oraz wykonano 34 akcje zaopatrzeniowe na spółdzielcze placówki handlowe. Po ujawnieniu „Salwy” komuniści mogli odetchnąć. W likwidację nieuchwytnego oddziału zaangażowali ogromne siły UB-MO-KBW. Przeciwko „salwowcom” przeprowadzono ok. 80 operacji, w ich wyniku aresztowano 150 osób – bardziej lub mniej rzeczywistych członków i współpracowników oddziału. Teraz triumfowali – ich przeciwnicy złożyli broń. Dalsze miesiące pokazały jednak, że triumf odtrąbiono przedwcześnie…


8. Znowu w lesie

„Wzywam wszystkich nieujawnionych członków kierowanej przeze mnie organizacji do ujawnienia się i złożenia broni. Pozostając w ukryciu nie będziecie mogli skorzystać z dobrodziejstwa amnestii, a odizolowani od Społeczeństwa, będziecie traktowani jak zwykli bandyci” - napisał 20 marca 1947 r. „Salwa” w odezwie do pozostających jeszcze w konspiracji swoich ludzi. Amnestia stała się dla członków oddziału, tak jak dla dziesiątków tysięcy innych członków podziemia, szansą na pokojowe ułożenie sobie życia, prawdziwe zakończenie wojny, którą niektórzy z nich toczyli przez blisko 8 lat (jak sam Dubaniowski), począwszy od wojny obronnej 1939 r. przez okupację niemiecką, aż po walkę z komunistami. Rychło duży procent z nich przekonał się, że były to tylko złudzenia… „Salwa” po ujawnieniu się powrócił do swego rodzinnego Krakowa. Nie dane mu było jednak długo cieszyć się spokojem. Zaczęło go regularnie niepokoić UB. Pomimo że uczynił zadość wszystkim wymogom ustawy amnestyjnej – ujawnił siebie i podwładnych, opisał działalność, zdał broń (co prawda nie wszystko, o czym później) resort bezpieczeństwa ani na chwilę nie zmienił swej do co niego ceny – jako wroga nowego ustroju. Czego chciano od Dubaniowskiego – tak naprawdę nie wiadomo. Istnieją przypuszczenia, że usiłowano go zwerbować do współpracy, a może nawet stworzenia pozorowanego oddziału leśnego – praktyka w tamtym czasie coraz powszechniejsza. Takie fikcyjne grupy, udające partyzantów, często atakowały znienacka prawdziwego grupy zbrojnego podziemia, a niejako przy okazji „wysysały” teren z potencjalnych chętnych z przyłączenia się do partyzantki, bo same prowadziły rekrutacje spośród niczego nie spodziewających się młodych chłopaków, chcących walczyć z „komuną”, których potem bez skrupułów mordowano, a w najlepszym przypadku wysyłano do kazamat UB. O tym, że ubekom nie udało się zwerbować Dubaniowskiego najlepiej świadczy fakt, iż podjął decyzję powrotu do lasu. Zrozumiał, że nie ma innego wyjścia, że władze nie pozwolą mu na spokojne życie, pracę. Musiał czuć się jak zaszczute zwierzę, którego nie można wytresować, ale można mu założyć krótką obrożę.

W sierpniu 1947 r. w Kłaju „Salwa” spotkał się z kilkoma dawnymi podkomendnymi i razem postanowili stworzył oddział, który kontynuował działalność zbrojną. Liczył już tylko siedmiu ludzi: Dubaniowski, Eugeniusz Gałat „Sęp” (zastępca dowódcy), Władysław Migdał „Ordon”, Józef Garścia „Zryw”, Zdzisław Konieczny „Zębaty”, Kazimierz Trzecki „Ostoja” i Władysław Niemiec „Grab”. Więcej chętnych do wojaczki nie było. Swemu dowódcy przyłączenia się do oddziału odmówił nawet jego zastępca – sierż. Józef Mika „Wrzos”, o co Dubaniowski bardzo zabiegał i co miał Mice za złe. To już nie były czasy sprzed dwóch lat, gdy wydawało się, że kolejna wojna wisi na włosku, gdy lasy pełne były „leśnych”, a bezpieka słaba i ślepa. Po amnestii z początku roku praktycznie zanikła leśna partyzantka. W lesie pozostały nieliczne grupy, bardziej oddziałki niż oddziały, które wiedziały, że u nowych władców Polski nie miały żadnych szans i wolały raczej zginąć z bronią w ręku niż skończyć z kulą w tyle głowy w którejś z katowni. Przed Dubaniowskim stanęło naprawdę trudne zadanie. Był wytrawnym konspiratorem i zdawał sobie sprawę, iż wobec nadchodzącej zimy pierwszoplanowym zadaniem jest zgromadzenie zapasów i przygotowanie melin. Większość jego dotychczasowych kwater była „spalona” z powodu amnestii i ujawniania się współpracowników. Dlatego, po pierwszym miesiącu działalności, w trakcie którego rozbili Spółdzielnię „Żniwo” w Bełdnie, sklep w Moszczenicy i zranili w Rajbrocie funkcjonariusza UB z Bochni Mieczysława Gutowskiego (noc z 22 na 23 września), podjął decyzję o przejściu w tereny bardziej, w jego ocenie, sprzyjające działaniom partyzanckim. Wybrał okolice Czchowa, Wojnicza i Zakliczyna.


Przemarsz w tamten rejon rozpoczęto w ostatniej dekadzie września. Wcześniej jeszcze oddziałek zaopatrzył się w wóz konny i konie, rozbijając 16 września majątek państwowy w Tymbarku. 26 września partyzanci zatrzymali się w miejscowości Ruda Kameralna na południowy zachód od Zakliczyna, w zaprzyjaźnionym gospodarstwie Jana Rysia. Na spotkanie z oddziałem przybył wkrótce sołtys Franciszek Zabrzański, z którym omówiono, w jaki sposób po czasie ma powiadomić władze bezpieczeństwa o pobycie „salwowców” we wsi – rzecz niezbędna, by po opuszczeniu przez nich miejscowości nie spadły na jej mieszkańców represje ze strony UB za sprzyjanie „bandytom”. Sama Ruda Kameralna stwarzała idealne warunki do kwaterowania „leśnych” – była to wieś zagubiona pośród lasów, w niedalekiej odległości od Dunajca i drogi Brzesko – Nowy Sącz, na której postanowiono urządzić zasadzkę na przejeżdżające samochody.

27 września dwaj ludzie „Salwy” (Garścia i Migdał) ustawili na trasie posterunek, który kontrolował pojazdy i ich pasażerów. Osoby prywatne puszczali wolno. Poszukiwali towarów albo funduszy państwowych. Cel zrealizowali, kiedy zatrzymali ciężarówkę, którą jechał kierownik skupu owoców Spółdzielni Rolniczo-Handlowej z Nowego Sącza. Partyzanci skonfiskowali sporą sumę pieniędzy, a kierownika i pasażerów puścili wolno. Tym razem „Salwę” zawiódł partyzancki nos – zamiast szybko zmienić miejsce położenia postanowili zostać we wsi na noc. Tymczasem kierownik skupu – ten, któremu „salwowcy” zabrali pieniądze, błyskawicznie dotarł na posterunek MO w Zakliczynie, gdzie złożył zawiadomienie o całym zdarzeniu. Milicja zawiadomiła brzeskie UB, które wyruszyło w teren. Nie bardzo wiadomo, jak dotarli do Rudy Kameralnej – prawdopodobnie był to przypadek, poszukiwania rozpoczęto od najbliższej miejscu zdarzenia miejscowości. Penetrujących wieś ubeków dostrzegł jeden z ludzi „Salwy” o czym szybko zameldował dowódcy. Jednak jego zachowanie nie uszło uwadze funkcjonariuszy, którzy szybko otoczyli wzbudzające ich podejrzenie zabudowania. Wywiązała się gwałtowna strzelanina. Poszczególni partyzanci przebijali się przez kordon oblężenia i chyłkiem wymykali do lasu.

Nie udało się tylko jednemu, który z domu wypadł wprost pod serię z peemu i zawisł na płocie. Był nim „Salwa”… Kpt. Jan Dubaniowski został pochowany na cmentarzu w Zakliczynie i jego śmierć kończy pewien rozdział historii „żołnierzy wyklętych” Bocheńszczyzny. Mimo tragicznego końca i tak może mówić o szczęściu – wiemy, gdzie złożono jego ciało, na grobie palą się znicze i składane są kwiaty. O takim przywileju nie mogą do dzisiaj marzyć „Łupaszka”, „Zapora”, „Ogień” rotmistrz Pilecki i setki innych dowódców podziemia antykomunistycznego, pochowanych w bezimiennych mogiłach, często zbiorowych. W innej Polsce otoczeni byliby szacunkiem, zajmowali pewnie wysokie stanowiska w wojsku i strukturach państwa – dla komunistów byli groźni za życia i po śmierci, stąd starano się wymazać z powszechnej świadomości nawet pamięć o nich.


9. Gałat przejmuje dowodzenie

Szóstka, której pod ogniem udało się wydostać z Rudy Kameralnej, powróciła w okolice Kłaja. Tam grupa rozdzieliła się – dwóch ludzi (Trzecki i Niemiec) postanowiło ukrywać się na własną rękę, a pozostali czterej pod dowództwem Gałata wznowili działalność. 2 listopada 1947 r. zaatakowali grupę członków ZMW „Wici” z Bochni, którzy w Kłaju wystawiali sztukę propagandową dla mieszkańców tej miejscowości. Od kul ludzi Gałata zginął Jan Kołodziej, a jedna osoba została ranna. Tego samego dnia, również w Kłaju, rozbrojono milicjanta. 15 listopada zastrzelono w Gawłówku członka ORMO i PPR Józefa Madeja. Z kolei 17 listopada rozbrojono w Woli Batorskiej milicjanta Jana Biernata. Jednakże bezpieka deptała im po piętach. 20 listopada, posługując się

doniesieniem agenturalnym, w Kłaju nad Rabą przeprowadzono zasadzkę na ludzi „Sępa”. W walce zginął Konieczny, a ranny w nogę Gałat dostał się w ręce UB. Ocalała dwójka – Migdał i Garścia – próbowała zmylić pogoń. 7 grudnia nastąpił koniec – podczas kolejnej akcji UB aresztowany został Władysław Migdał, a otoczony Józef Garścia popełnił samobójstwo. Kolejny z ocalonych ze starcia w Rudzie Kameralnej, Stanisław Trzecki, wytropiony został przez UB w Krakowie już 12 grudnia. 4 marca 1948 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie skazał Gałata i Migdała na karę śmierci (wyroki wykonano 11 maja), a Trzeckiego na dożywocie, wkrótce zamienione na 15 lat.

10. Podsumowanie

Zgrupowanie „Salwy” było bez wątpienia największą, najlepiej zorganizowaną i budzącą największy respekt ze strony władz formacją zbrojną, prowadzącą walkę na terenach Bocheńszczyzny po zakończeniu II wojny światowej. Przez jego szeregi przeszło ponad 100 ludzi, którzy wykonali łącznie 138 akcji. Przeciwko nim przeprowadzono ok. 80 obław, pacyfikacji, zasadzek – w większości mało skutecznych, Nigdy nie pozbawiono „salwowców” zdolności bojowej. Złożyli bron na własnych warunkach, w miejscu i czasie przez nich wybranym. Przy stratach własnych 13 żołnierzy (plus dwóch, na których władza wykonała wyroki śmierci) z rąk ludzi „Salwy” zginęły 53 osoby – nie zawsze w wyniku działań zbrojnych. Stare przysłowie mówi, że spust broni partyzanckiej zawsze jest lekki – z rąk podkomendnych kpt. Dubaniowskiego ginęli zarówno żołnierze Armii Czerwonej, KBW, funkcjonariusze UB, MO i ORMO, działacze PPR, ale także i zwykli obywatele, których podejrzewano np. o donosicielstwo. Czy zawsze prawdziwie? Tego już nie dowiedziemy. Kto inny wyda sprawiedliwy wyrok. Natomiast trzeba się z całą mocą kruszyć mur niepamięci, jaki wokół nich samych i ich działalności wznoszono przez całe dziesięciolecia.

Źródła:

IPN Kr 074/19
IPN Kr 076/39 t. 1-3
IPN Kr 137/8
IPN Kr 137/9
IPN Kr 075/38
IPN Kr 075/39