8. Znowu w lesie

„Wzywam wszystkich nieujawnionych członków kierowanej przeze mnie organizacji do ujawnienia się i złożenia broni. Pozostając w ukryciu nie będziecie mogli skorzystać z dobrodziejstwa amnestii, a odizolowani od Społeczeństwa, będziecie traktowani jak zwykli bandyci” - napisał 20 marca 1947 r. „Salwa” w odezwie do pozostających jeszcze w konspiracji swoich ludzi. Amnestia stała się dla członków oddziału, tak jak dla dziesiątków tysięcy innych członków podziemia, szansą na pokojowe ułożenie sobie życia, prawdziwe zakończenie wojny, którą niektórzy z nich toczyli przez blisko 8 lat (jak sam Dubaniowski), począwszy od wojny obronnej 1939 r. przez okupację niemiecką, aż po walkę z komunistami. Rychło duży procent z nich przekonał się, że były to tylko złudzenia… „Salwa” po ujawnieniu się powrócił do swego rodzinnego Krakowa. Nie dane mu było jednak długo cieszyć się spokojem. Zaczęło go regularnie niepokoić UB. Pomimo że uczynił zadość wszystkim wymogom ustawy amnestyjnej – ujawnił siebie i podwładnych, opisał działalność, zdał broń (co prawda nie wszystko, o czym później) resort bezpieczeństwa ani na chwilę nie zmienił swej do co niego ceny – jako wroga nowego ustroju. Czego chciano od Dubaniowskiego – tak naprawdę nie wiadomo. Istnieją przypuszczenia, że usiłowano go zwerbować do współpracy, a może nawet stworzenia pozorowanego oddziału leśnego – praktyka w tamtym czasie coraz powszechniejsza. Takie fikcyjne grupy, udające partyzantów, często atakowały znienacka prawdziwego grupy zbrojnego podziemia, a niejako przy okazji „wysysały” teren z potencjalnych chętnych z przyłączenia się do partyzantki, bo same prowadziły rekrutacje spośród niczego nie spodziewających się młodych chłopaków, chcących walczyć z „komuną”, których potem bez skrupułów mordowano, a w najlepszym przypadku wysyłano do kazamat UB. O tym, że ubekom nie udało się zwerbować Dubaniowskiego najlepiej świadczy fakt, iż podjął decyzję powrotu do lasu. Zrozumiał, że nie ma innego wyjścia, że władze nie pozwolą mu na spokojne życie, pracę. Musiał czuć się jak zaszczute zwierzę, którego nie można wytresować, ale można mu założyć krótką obrożę.

W sierpniu 1947 r. w Kłaju „Salwa” spotkał się z kilkoma dawnymi podkomendnymi i razem postanowili stworzył oddział, który kontynuował działalność zbrojną. Liczył już tylko siedmiu ludzi: Dubaniowski, Eugeniusz Gałat „Sęp” (zastępca dowódcy), Władysław Migdał „Ordon”, Józef Garścia „Zryw”, Zdzisław Konieczny „Zębaty”, Kazimierz Trzecki „Ostoja” i Władysław Niemiec „Grab”. Więcej chętnych do wojaczki nie było. Swemu dowódcy przyłączenia się do oddziału odmówił nawet jego zastępca – sierż. Józef Mika „Wrzos”, o co Dubaniowski bardzo zabiegał i co miał Mice za złe. To już nie były czasy sprzed dwóch lat, gdy wydawało się, że kolejna wojna wisi na włosku, gdy lasy pełne były „leśnych”, a bezpieka słaba i ślepa. Po amnestii z początku roku praktycznie zanikła leśna partyzantka. W lesie pozostały nieliczne grupy, bardziej oddziałki niż oddziały, które wiedziały, że u nowych władców Polski nie miały żadnych szans i wolały raczej zginąć z bronią w ręku niż skończyć z kulą w tyle głowy w którejś z katowni. Przed Dubaniowskim stanęło naprawdę trudne zadanie. Był wytrawnym konspiratorem i zdawał sobie sprawę, iż wobec nadchodzącej zimy pierwszoplanowym zadaniem jest zgromadzenie zapasów i przygotowanie melin. Większość jego dotychczasowych kwater była „spalona” z powodu amnestii i ujawniania się współpracowników. Dlatego, po pierwszym miesiącu działalności, w trakcie którego rozbili Spółdzielnię „Żniwo” w Bełdnie, sklep w Moszczenicy i zranili w Rajbrocie funkcjonariusza UB z Bochni Mieczysława Gutowskiego (noc z 22 na 23 września), podjął decyzję o przejściu w tereny bardziej, w jego ocenie, sprzyjające działaniom partyzanckim. Wybrał okolice Czchowa, Wojnicza i Zakliczyna.

Użytkowników:
1
Artykułów:
62
Odsłon artykułów:
695341
Copyright © 2019 Bocheńscy Żołnierze Wyklęci. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.